Paszkwil na Hubala

- Jacek Komuda skończył pisać swoją powieść „Hubal” - zawiadomił mnie jeden ze znajomych pod koniec lutego. Zasadniczo nie lubię powieści historycznych. Nigdy nie wiadomo, ile w nich prawdy, a ile wyobraźni autora. Trudno im zaufać. I choć zwykle unikam tego rodzaju literatury, teraz, ze względu na moją pasję, zrobiłam wyjątek.

Podobno nie należy oceniać książki po okładce. Jednak już pierwszy rzut oka na to, co było na niej napisane, utwierdził mnie w przekonaniu, że obraz majora, jaki wykreuje autor, będzie miał niewiele wspólnego z rzeczywistością. Dla Komudy bowiem Hubal to zbuntowany duch gnębiący Niemców w już dawno okupowanym kraju. Przez 700 stron powieści autor konsekwentnie kreśli obraz majora-watażki, buntownika, niepokornego oficera i co najgorsze – mordercy. Otrzymujemy zatem niejako rozbudowaną wersję reportażu Hubalczycy Melchiora Wańkowicza. Choć nie jestem pewna, czy to porównanie nie jest krzywdzące dla tego ostatniego. Powieść Komudy bardzo ustępuje mu literacko. Zwłaszcza tam, gdzie autor próbuje oddać dramatyzm chwili, np. przy egzekucji jeńców. Niektóre porównania przywodzą na myśl bardziej język właściwy książkom dla pensjonarek, niż powieści wojennej. Natomiast mocną stroną utworu jest to, co zwykle pisarzowi przysparza najwięcej kłopotów – dialogi. Są dynamiczne, pozbawione sztuczności, za to dobrze oddające język wojskowy.

Obaj panowie literaci stworzyli obraz Hubala, który dotrze do wielu czytelników i utrwali się w ich świadomości, obawiam się, że jednak w sposób krzywdzący dla majora. Wańkowiczowi można jeszcze to wybaczyć – pisał niedługo po wojnie, dysponując jedynie relacjami trzech Hubalczyków. Od tego czasu jednak sporo o Dobrzańskim napisano, mnóstwo źródeł ujrzało światło dzienne i nie trzeba dużo zachodu, by się z nimi zapoznać. Dlatego rozmijanie się z prawdą Komudzie znacznie trudniej wybaczyć. Tym bardziej, że autor sam podkreślał, z jak wielu materiałów i opracowań korzystał. Co prawda, nie opublikował nigdzie ich listy, jednak po lekturze można się domyśleć, że znalazła się wśród nich książka Major Hubal. Historia prawdziwa Łukasza Ksyty. Część bowiem błędów i przeinaczeń Komuda powtórzył właśnie za tą pozycją.

Najcięższy zarzut to uczynienie z majora mordercy jeńców wojennych, co stawia go w jednym szeregu z oprawcami z Wehrmachtu i SS. Oto pod Wolą Chodkowską, Hubalczycy rozbijają kolumnę niemieckich samochodów, a na ośmiu ocalonych jeńcach major Dobrzański osobiście dokonuje egzekucji strzałami z pistoletu. Za źródło tej informacji posłużył cytat z relacji M. Kalenkiewicza (ps. „Kotwicz”), przytoczony przez Ksytę bez żadnego komentarza. Kalenkiewicz był wówczas żołnierzem oddziału i uczestniczył w starciu pod Wolą Chodkowską. Jednak jego relacja to bardziej literackie opowiadanie niż dokładny zapis służby w oddziale. Pisane i opublikowane w prasie jeszcze podczas wojny, miało służyć raczej „pokrzepieniu serc” Polaków walczących na całym świecie i pokazaniu im, że walczy również okupowany Kraj. Świadczy o tym duża doza fikcji literackiej. Kalenkiewicz nie tylko przeniósł czas potyczki pod Wolą na wiosnę 1940 r. (a więc wtedy, kiedy już nie był w oddziale), ale również uwiecznił wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca, jak np. pogrzeb tajemniczej Magdaleny, która miała służyć w oddziale.

Dlatego do opisanego przez niego rozstrzelania niemieckich jeńców (a powtórzonego przez Wańkowicza i Komudę) należy podchodzić z dużą dozą ostrożności. O wiele wiarygodniejsze będą relacje ówczesnych mieszkańców Woli Chodkowskiej. Część z nich wykorzystał Jacek Lombarski w swoim opracowaniu Śladami majora Henryka Dobrzańskiego Hubala po ziemi zwoleńskiej. Ich pełne wersje zostały opublikowane w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” nr 3/1988 przez Antoniego Lipca (Uwagi o walce mjr. Henryka Dobrzańskiego – „Hubala”w Woli Chodkowskiej). Helena Pastwa relacjonowała: W czasie bitwy 3 Niemców uciekło, dwóch zostało zabitych, a jeden ranny w brzuch. […] Za chwilę rannego Niemca przyprowadził do mieszkania Bronisław Strzelczyk, zamieszkały w Chodkowie, prosząc, by udzielić mu pomocy. Rannego opatrzyła moja matka […]. Sołtys zawiadomił Niemców, co się stało w Chodkowskiej Woli. Na skutek tego pod wieczór do Woli Chodkowskiej przyjechało samochodami dużo wojska niemieckiego. […] żadnych represji nie było. Spośród trzech Niemców, którzy uciekli z samochodu, jeden został zabity w odległości około 250 m od samochodu. Drugi uciekł za naszą stodołę […]. Wycofujący się Polacy […] dwóch zabitych towarzyszy zabrali ze sobą i pochowali […].

Wszyscy świadkowie wspominają o tym, że obok wsi ugrzązł zaledwie jeden niemiecki samochód, a nie cała kolumna. Stąd też rozmiar starcia musiał być mniejszy, niż to z fantazją kreśli Komuda. Nikt też z mieszkańców nie wspomina słowem o egzekucji jeńców, którą autor postanowił rozbudować na trzy strony.

Warto też dodać, że Hubal rzadko kiedy uciekał się do wydawania wyroków śmierci, a wysługujących się okupantowi niemieckiemu karał przede wszystkim wymierzaniem batów na siedzenie. Po środki ostateczne sięgał dopiero, kiedy takie ostrzeżenie nie skutkowało.

W grudniu 1939 r. major Dobrzański wybrał się do Warszawy, by z władzami naczelnymi SZP szukać porozumienia co do działalności jego oddziału. I tu otwiera się kolejne pole do popisu dla fantazji Jacka Komudy. Wg niego bowiem major krąży po Warszawie w pełnym umundurowaniu, w tramwaju wybiera przedział dla Niemców, ponieważ „oficerowi nie wypada się tłoczyć”, a na koniec oczywiście wszczyna awanturę. Autor robi więc z Hubala idiotę, oficera, który „myśli regulaminem” i bezmyślnie naraża na śmierć siebie i towarzyszącego mu kpt. Kalenkiewicza. Wszystko po to, by przekonać czytelnika, że Dobrzański do żadnej konspiracji się nie nadawał, bo jego awanturniczy duch myślał jedynie o wojaczce w mundurze i z szabelką. Nie zauważa Komuda, że to, co robi major od października, to właśnie budowanie konspiracji. Oddział pozostaje skadrowany aż do lutego 1940 r., natomiast Hubal rozbudowuje organizację konspiracyjno-wojskową Okręg Bojowy Kielce. Opracowuje dokumenty, zaprzysięga ludzi, wyznacza im plan szkolenia. Nawiązuje kontakt nie tylko z SZP w Kielcach, ale także innymi organizacjami konspiracyjnymi, na przykład z Tomaszowa Mazowieckiego. Nie neguje konspiracji jako takiej, ale uważa, że potrzebny jest również oddział pozostający w mundurach, ze względu na siłę, z jaką oddziałuje jego widok na ludność polską.

A o tym, jak wyglądały przygotowania Hubala do wyjazdu do stolicy, najlepiej świadczy relacja Józefa Alickiego, opublikowana w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” (nry 3 i 4/1987 i 1/1988): Byłem obecny przy odjeździe majora z leśniczówki Dęba. Ubrany był w elegancki garnitur, koszulę, krawat, pantofle, jesionkę i kapelusz […]. Całą garderobę zakupił uprzednio w Kielcach. […] Mundur i cały moderunek został złożony do walizki i przechowany w stodole w leśniczówce. Przed podróżą major zaopatrzył się również w fałszywe dokumenty na nazwisko Chrząszczewski, fakt ten odnotował nawet sam Komuda. Dlaczego zatem, skoro Hubal zadbał, by do Warszawy pojechać incognito, miałby się jednocześnie narażać na dekonspirację przez nie zdjęcie munduru? Szkoda, że takiego pytania autor sobie nie zadał.

Komuda też od pierwszych rozdziałów dba o to, by zbudować obraz Hubala-buntownika. Oficera, który sam najlepiej wie, jak ta wojna powinna wyglądać i dlatego decyduje się siłą odebrać dowodzenie 110. pułkiem ułanów schorowanemu płk. Jerzemu Dąmbrowskiemu. Potem mówi z żalem: „Żałuję, że nie zastrzeliłem Dąmbrowskiego”. Sam obraz zniedołężniałego pułkownika, wykreowany przez Komudę, jest dla tego oficera krzywdzący. Jeśli autor rzeczywiście zadał sobie trud i przeczytał książkę Ksyty, a nie tylko zaglądnął do niej wybiórczo, to powinien wiedzieć, że przyszłemu „Łupaszce” daleko do schorowanego starca. Przeciwnie, pułkownik podejmował zdecydowane działania przeciwko prosowieckim wystąpieniom. Starczyło mu też woli i energii, żeby zrezygnować z marszu na Litwę i pozostać w kraju by bić się z wojskami sowieckimi. Umiejętnie prowadził pułk pomiędzy wojskami przeciwnika, w kierunku Warszawy. Również rozwiązanie oddziału odbyło się w spokojnej atmosferze, a sam Dąmbrowski nie planował zaprzestania walki, a tylko zmiany jej formy – na bardziej partyzancką. Kłam wizji Komudy dają też słowa relacji rtm. T. Dworzeckiego-Bohdanowicza, przytoczone przez Ksytę: Płk Dąmbrowski nie czuł się dobrze, ale do chwili rozwiązania pułku sprawował dowództwo i nie jest mi wiadomym, by był niezdolny do dowodzenia.

W miarę wiernie kreśli Komuda przebieg pierwszej demobilizacji Oddziału Wydzielonego, z dn. 13 marca 1940 r. Zapomina jednak o jednym drobnym, ale ważnym szczególe. Zgody na skadrowanie oddziału i jego przejście w Góry Świętokrzyskie, płk. Okulicki nie wydał rzucając ją Hubalowi „przez ramię”. Została ona ogłoszona przed frontem całego oddziału, podana do wiadomości wszystkich żołnierzy. Pisał o tym szerzej Jacek Lombarski w książce Major Hubal. Legendy i mity, której znajomość również deklarował Komuda. Czy płk. Okulicki działał zgodnie z wytycznymi Komendy Głównej ZWZ, czy też na własną rękę pozwolił skadrować oddział, nie wiemy. Ale Hubal to polecenie wykonał, więc trudno mu wobec tego zarzucać bunt.

Moje zniesmaczenie obudził także wątek erotyczny w powieści. Wiadomo, że „baby” przy wojsku były, są i będą. Oddział Hubala to nie zakon i on sam również zapewne nie pozostawał w celibacie. W filmie „Hubal” jest scena, która wg mnie świetnie ilustruje stosunki wojskowo-cywilne w tej materii. Ułani stają na kwaterach, major wchodzi do jednej z chat i rzuca do gospodarza: „Jesteśmy regularnym wojskiem i za wszystko będziemy płacić. Dziewczyny niech się pilnują, jak im na tym zależy”. Tylko tyle i aż tyle. Inteligentnemu starczy. Tymczasem dla Komudy wątek ten musiał mieć szalone znaczenie, skoro Dobrzański nie przepuszczał właściwie żadnej kobiecie, jaką napotykał. Miał więc romans z niemieckim agentem (rozpoczął układanie klaczki […] nie używając czarnej wodzy ani munsztuka (sic!)), siostrą sołtysa z Anielina, ziemianką z pobliskiego dworu, czy wreszcie z samą Marianną Cel „Tereską” - na dzień przed śmiercią. W rzeczywistości jednak w obozowisku w Wólce Kuligowskiej „Tereski” nie było, gdyż major wysłał ją na poszukiwanie oddziałowej piechoty. Znów więc nagiął Komuda prawdę tak, by była zgodna z jego wizją. I z prawdy zrobiła się gówno prawda.

Można by tak wyliczać i wyliczać miejsca, w których Komuda minął się z faktycznym biegiem wypadków. Dostało się nawet Kalenkiewiczowi, który nie potrafi odróżnić, gdzie koń ma ogon, a gdzie głowę, tak jakby nie było naturalnym, że przedwojenny oficer potrafi jeździć konno. Nie brak też wątków mitycznych - dziewięćdziesięcioletni nieśmiertelny koń, wstający z martwych luzak majora kpr. Kossowski „Ryś”, odbicie ciała Hubala przez spec-komando pod wodzą Morawskiego - jednym słowem: western w lasach spalskich.

Chciałabym, aby ten wpis był krótszy, a przecież i tak odniosłam się tylko do najbardziej jaskrawych przykładów nieprawdy. W jednym z wywiadów Komuda dał wyraz przekonaniu, że swoją książką broni dobrego imienia Hubala. Gdyby nie on, mówi, ktoś inny napisałby o majorze w dużo gorszym tonie. Przeciwstawia swoje dzieło „Tajemnicy Westerplatte”, która swego czasu tak poruszyła środowiska kombatanckie w Polsce. Tymczasem na kartach jego powieści otrzymujemy obraz majora-watażki, warchoła, rozpasanego samca, idioty, buntownika i, co najgorsze, mordercy. A jeśli fakty mówią inaczej – tym gorzej dla faktów.

Książka jest promowana w radiu i innych mediach, w wielotysięcznym nakładzie pójdzie w kraj. Komuda cieszy się szerokim gronem stałych czytelników, z pewnością też wiele osób sięgnie po jego twórczość po raz pierwszy. Dla znacznej części będzie to pierwsze i jedyne zetknięcie z postacią Henryka Dobrzańskiego – Hubala. I takim właśnie go zapamiętają. A historykom pozostanie zabrać się za sprzątanie tego błota, jakim majora Komuda obrzucił.

Bibliografia:

  • Alicki J., Wspomnienia żołnierza z oddziału mjr. „Hubala”, „Wojskowy Przegląd Historyczny”, nr 3/1987, 4/1987, 1/1988.
  • Kosztyła Z. Oddział Wydzielony Wojska Polskiego majora Hubala, Warszawa 1987.
  • Ksyta Ł, Major Hubal. Historia prawdziwa, Warszawa 2014.
  • Lipiec A., Uwagi o walce mjr. Henryka Dobrzańskiego – „Hubala”w Woli Chodkowskiej, „Wojskowy Przegląd Historyczny”, nr 3/1988.
  • Lombarski J, Major Hubal. Legendy i mity, Końskie 2011.
  • Lombarski J, Śladami majora Henryka Dobrzańskiego Hubala po ziemi zwoleńskiej, Zwoleń 2008.
  • Wańkowicz M, Hubalczycy, [w:] Dwie prawdy, Warszawa 1981.

Wywiad z Jackiem Komudą dostępny jest pod adresem: http://wczorajdlajutra.pl/w-pogoni-za-zagonczykiem-z-jackiem-komuda-rozmawiamy-o-hubalu-i-jego-legendzie/

Tekst pochodzi z blogu Ewy Pawlus Tropem Hubala kliknij tutaj.