Teofil Biegaj "Teo"

Kapral 

D-ca drużyny. W oddziale służył od 20 marca do 25 czerwca 1940 r. Od lipca 1940 r. w ZWZ. 

(Biogram w opracowaniu) 

Relacja Teofila Biegaja z walki pod Huciskami: 
30 marca (1940 r.) na naszą kwaterę wpada porucznik (Jan Bilski) i krzyczy alarm. Słyszymy strzały z broni maszynowej i domyślamy się, że to już się toczy walka z Niemcami. Dostaję rozkaz pobrania amunicji i zajęcia stanowiska bocznego od lewego skrzydła frontu, tak ażeby uniemożliwić Niemcom obejście frontu, lewego skrzydła w celu okrążenia.W pośpiechu pobieramy amunicję, granaty, lekką broń z wozu który stał na podwórku, udajemy się na wyznaczone stanowiska. W biegu zauważyłem, że na dachu siedzi żołnierz z lornetką i obserwuje walkę. Krzyknąłem ażeby zszedł, ale chyba za późno bo został trafiony kulą nieprzyjacielską i zwalił się na ziemię. Zajmujemy stanowiska w takiej odległości od lewego skrzydła, ażeby była widoczność. Na lewym skrzydle dowodzi plutonowy Kisiel. Po zajęciu stanowisk czekamy na nieprzyjaciela. Chwile wyczekiwań są nerwowe. Od czasu do czasu Niemcy wysuwają się na lewe skrzydło w celu obejścia i zaatakowania lewej strony frontu od tyłu. Nasz karabin maszynowy ustawiony jest w krzakach tak, że go nie widać, a my na przedpolu walki mamy dobrą widoczność. Nasz karabin maszynowy zmiata każdego śmiałka, tak że Niemcy po kilku próbach zaniechali takiego eksperymentu. Naraz na lewym skrzydle naszych pozycji w zagajniku pojawiają się sylwetki Niemców. Przyjmujemy pozycję w kierunku Niemców. Zbliżają się. Liczymy ich. Jest ich pięciu. Jest to patrol, ale zwykle za patrolem posuwa się większa siła. Podpuszczamy ich coraz bliżej. Strzelamy. Pada trzech Niemców, dwóch ucieka, pada jeszcze jeden. Za uciekającym Niemcem wysyłam pościg. Wysyłam też łącznika do majora z meldunkiem i proszę o przysłanie pomocy. Wraca jeden żołnierz z pościgu i melduje, że samochód pełen Niemców znajduje się od nas około 300 metrów na polanie. Łącznik przyprowadził posiłki. Ruszamy w drogę, łączymy się z resztą patrolu. Okrążamy Niemców. Jest ich 35. Częstujemy ich silnym ogniem . Niemcy są w panice. Uciekają. Jest dużo trupów. Zabiegamy im drogę z boku tłukąc ich do reszty. Wycofujemy się na stare pozycje bardzo ostrożnie bo znajdujemy się na tyłach frontu i nie wiadomo czy nie spotkamy większe siły wroga. Z naszej grupy nie zginął nikt. Jest tylko jeden lekko ranny w rękę, a drugi ma tylko draśnięcie w łydkę. 

Przychodzi łącznik od majora z rozkazem żeby zostawić patrol 3 żołnierzy, a resztą wrócić do obozu do jego dyspozycji. Pamiętam że major stał pod niskim rozłożystym drzewem z lornetką obserwując teren na którym toczyła się walka drugiego plutonu pod dowództwem porucznika „Sępa”. Major pozostawia przy sobie tylko pięciu żołnierzy, a z resztą mam się udać na wzmocnienie linii frontu. W pewnym momencie usłyszałem głuchy strzał pocisku, podnosząc głowę widzę celowniczego CKM zabitego. Rzucam się do przodu, zabieram karabin do tyłu, zmieniam taśmę z nabojami i zastępuję celowniczego. Od strony nieprzyjaciela strzały były coraz rzadsze i cichsze. Nieprzyjaciel wycofał się zabierając rannych, na placu boju pozostały tylko zabici i kałuże krwi. Tego samego dnia wyruszamy w stronę Niekłania.
 

Źródła: 
1. T. Biegaj, Relacja, AP Kielce, zesp. akt ZBoWiD, sygn. 92 s. 1-7. 
2. M. A. Janisławski i W. Świercz, Tajemnice żołnierzy Hubala, Wilczek, "Rzeczywistość" nr 36(150) 2.09.1980 s. 8-9 
3. Z. Kosztyła, Oddział Wydzielony WP mjr. Hubala, Warszawa 1987, s. 291.