„Błędny ułan” czy... błędny dziennikarz?

Od września br. „Gazeta Wyborcza” rozpoczęła wydawać jako dodatek do gazety, cykl zeszytów pod nazwą “Polskie Państwo Podziemne 1939-1945”. W zeszycie nr 1/10 zatytułowanym “Nie tylko Hubal” zostały zamieszczone m.in. dwa teksty dotyczące mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”: „Błędny ułan” autorstwa Jarosława Krawczyka i „Nie tylko Hubal” Jacka Sawickiego. Zawartość obu tekstów obarczona jest wieloma błędami merytorycznymi i półprawdami, które zamiast założeń o rzetelnym i możliwie przystępnym przedstawianiu losów bohaterów II wojny światowej, skutecznie zaciemniają czyny Hubala i jego żołnierzy. 

Poniżej prezentujemy Państwu uwagi do wyżej wymienionych artykułów autorstwa Ewy Pawlus – studentki II roku historii Uniwersytetu Wrocławskiego.
 

Od każdego dziennikarza oczekiwać można - i słusznie - pewnego rodzaju uczciwości. Uczciwości rozumianej, jako pisanie prawdy, a tym samym nie zawodzenie zaufania czytelników. I obojętne, czy mamy do czynienia z dziennikarzem zawodowym, czy historykiem, któremu przyszło popełnić artykuł. Mimo ograniczonej objętości, jaką ma ten ostatni, wskazanym jest, aby piszący wystrzegał się skrótów i zbytnich uproszczeń. Jeśli czegoś nie jest pewien, może to zaznaczyć prostym zwrotem, jak choćby „według autora”, lub po prostu wskazać, że dana teza, choć możliwa, nie jest w pełni poświadczona przez źródła. Na uczciwość ze strony piszącego można liczyć także w przypadku doboru tych ostatnich, zwłaszcza, jeśli autorem jest historyk. 

Ten krótki zarys oczekiwań, jakie czytelnicy mają prawo żywic w stosunku do twórców artykułów (nie tylko) historycznych, niech będzie wstępem dla kilku moich uwag do publikacji, jaka 05.09.2011 r. ukazała się z „Gazetą Wyborczą”. Dodatek ów jest pierwszą z dziesięciu części cyklu „Polskie Państwo Podziemne 1939-1945” i nosi tytuł: „Nie tylko Hubal”. 

Jak wspomniałam, jest to pierwsza część większej całości, stąd została poprzedzona przedmową pt. „Błędny ułan” pióra pana Jarosława Krawczyka. Znaleźć w niej można te słowa: Chcemy jak najwszechstronniej opisać ów podziemny świat [to znaczy Polskiego Państwa Podziemnego] [...]. Zaznacza przy tym autor, że tak, jak Rząd Londyński nie miał pełnego obrazu owego „świata podziemnego” i tego, co się w kraju dzieje, tak i nasz obraz Polskiego Państwa Podziemnego jest "zaciemniony". I dalej obiecuje: [...] postaramy się wprowadzić w ten półmrok trochę światła. Niech więc i mnie wolno będzie dołożyć i swój kaganek w postaci kilku uwag, jakie mam odnośnie tej publikacji. 

To, że p. Krawczyk nazywa Hubala olimpijczykiem dwukrotnym - można jeszcze wybaczyć. Pomyłka to nie duża, jednak pozwolę sobie zatrzymać się nad nią - nie ze złośliwego czepialstwa, ale z troski, by "prawda tkwiła w szczegółach". 

Jeździecka kariera Hubala przeżywała rozkwit w latach 1925-1928. Wówczas to zdobywał liczne nagrody na międzynarodowych konkursach hippicznych w Nicei, Mediolanie, Neapolu czy Rzymie. Należał w owym czasie do czołówki polskich jeźdźców, stąd znalazł się w reprezentacji, jaką Polska wysłała na olimpiadę. Jedną, bo tylko jedna miała miejsce w owym przedziale czasowym (w 1928 r.). Do Amsterdamu pojechało siedmiu polskich jeźdźców. Ppłk Rómmel, rtm. Antoniewicz, rtm. Trenkwald, zgłoszeni do championatu konia, jak kiedyś nazywano Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego. Jako rezerwowy - mjr Dobrzański. W konkurencji skoków przez przeszkody reprezentować nas mieli por. Szosland, por. Gzowski i ponownie - rtm. Antoniewicz. Zespół uzupełniał rtm. Dziadulski jako rezerwowy. W trakcie zmagań olimpijskich Dobrzański nie miał okazji zastąpić żadnego z kolegów. 

Oczywiście, nie każdy musi znać życiorys Hubala w najdrobniejszych szczegółach. Uważam jednak, że "rozświetlanie mroków" (a nawet półmroków) zobowiązuje. 

Tym bardziej zaskoczona jestem tym, co zastałam w kolejnym akapicie. Autor pisze bowiem o Hubalu, "którego mit dotąd utrwala film Poręby". Mówi bowiem pan Krawczyk o micie, a więc czymś nie do końca tożsamym z prawdą. A jednak już następne zdanie sugeruje, że to na owym filmie właśnie opiera autor swą opinię o Hubalu! Przytoczę to zdanie w całości, mimo że jest tak krzywdzące dla Majora: Jednakże byli i są historycy, w których oczach (również w moich) Dobrzański to nieodpowiedzialny oficer, trochę zagończyk, trochę błędny rycerz, a trochę warchoł, który w imię opacznie pojętego honoru odmawia wykonania rozkazu przełożonych, przecież reprezentantów legalnych władz RP na uchodźstwie. Za tym biegną i kolejne zdania, kurczowo uczepione filmu: W filmie "Hubal" z pogardą odrzuca rozkaz gen. Karaszewicza - Tokarzewskiego w sprawie złożenia broni. Widz podziwia niezłomność majora, ale konsekwencje są przerażające. "Hubal" wygrywa kilka mniejszych potyczek z Niemcami, w rewanżu za nie płoną wsie i giną ludzie. Przy tym dzieło Poręby jest jedynym przekazem, do którego odwołuje się p. Krawczyk, formułując swe sądy o Dobrzańskim. Problem jednak w tym, że film, owszem, jest czynnikiem kształtującym nasze wyobrażenie o Hubalu, ale na pewno nie należy do źródeł historycznych! A przecież to na podstawie tych ostatnich powinniśmy formułować kompetentne i obiektywne opinie o postaciach historycznych. 

Przedmowa p. Krawczyka, w której przez Majora "płoną wsie i giną ludzie", znajduje się na stronie 2., gdy tymczasem na sąsiedniej gości artykuł "Nie tylko Hubal" pana Jacka Sawickiego. Ów pisze za to, że: Ludności cywilnej nie oszczędzano: tysiące zostały pogrzebane pod gruzami zbombardowanych domów, tysiące zamordowano podczas ich ucieczki przed frontem. Dalej jest mowa o regularnych jednostkach Wehrmachtu, które rozstrzeliwały setki polskich i żydowskich cywilów oraz jeńców wojennych. Nie trudno znaleźć, choćby w internecie, przemówienie Adolfa Hitlera z dn. 22 sierpnia 1939, jakie wygłosił do swoich dowódców: Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową. (Podkreślenie moje). Jak, nawet tylko wobec powyższego, wygląda teraz "wina Hubala"? 

Podejrzewam, że u niektórych, nie tylko historyków, pokutuje wizja Hubalowych działań jako partyzantki awanturniczej i bezmyślnej. O tym, że taką nie była, świadczą choćby dwa dokumenty, które warto w tym miejscu przytoczyć. Pierwszym są założenia ideowe do Zarysu organizacji Okręgu Bojowego Kielce - organizacji, o której wspomina p. Sawicki, pisząc o dokonaniach Hubala. Choć, moim zdaniem, poświęca na to zbyt mało miejsca. OBK aż się prosi o osobne opracowanie, tym bardziej, że pokazuje, jak rozsądne podejście ma Hubal. Bardzo szybko (październik/listopad 1939) opracował struktury, cele i metody szkolenia tej konspiracyjnej organizacji wojskowej. Miała ona nie tylko szkolić kadry na przyszłe wystąpienie na Wiosnę '40, ale także prowadzić dywersję, aby nie „pozwolić, by wróg bezkarnie wywoził naszych mężczyzn, surowce, żywność i cały nasz dorobek - by karmić swój front zachodni”. 

Odejdźmy jednak od tej dygresji, albowiem obawiam się, że sama, ograniczona rozmiarami rozsądnego wtrącenia, nie uniknę skrótów i uproszczeń, jakich nie chciałabym widzieć u rzetelnie piszących. Wróćmy do Zarysu organizacji... i jego założeń ideowych. Kończy je następujące zdanie: Do czasu, kiedy działania bojowe nie przybiorą formy otwartej walki, należy bardzo poważnie liczyć się z akcją odwetową nieprzyjaciela, od której mogłaby ucierpieć ludność cywilna. Należy za wszelką cenę dążyć do uniknięcia tego rodzaju następstw. Tyle oficjalny dokument, podpisany przez Hubala. Kolejnym, co świadczy o „liczeniu się z akcja odwetową nieprzyjaciela” przez Majora, jest relacja Łukasza Matysiaka, zamieszczona w broszurze Materiały Sesji „Oddział Wydzielony Wojska Polskiego majora Henryka Dobrzańskiego – Hubala”. Jak wspomina autor: We wsi [Radzice] było jeszcze 17 chętnych, którzy pragnęli zaciągnąć się do oddziału, ale Major nie wyraził zgody na ich przyjęcie. Nagłe zniknięcie z terenu wsi zbyt wielu młodych ludzi mogło być podejrzane. Fakt ten mógł ściągnąć uwagę Niemców. Aby zaoszczędzić Radzicom represji zabrał do swego oddziału tylko kilku wybranych ludzi. (s.31). Według mnie, tak bliższe przyjrzenie się Okręgowi Bojowemu Kielce, jak i dwóm przytoczonym cytatom, powinno skutkować zmianą określenia, jakie jeszcze i dziś nadaje się Hubalowi. Z „szalonego” na „rozsądnego majora”. 

Pozwolę sobie powrócić jeszcze do tego, co napisał p. Krawczyk: W filmie „Hubal” z pogardą odrzuca rozkaz gen. Karaszewicza -Tokarzewskiego w sprawie złożenia broni. Zarzut niepodporządkowania się rozkazom Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej jest jednym z najcięższych zarzutów, jakie wysuwa się przeciw Majorowi. Ile naprawdę rozkazów rozwiązania oddziału (czy właściwiej: ograniczenia jego liczebności) dotarło do Hubalowego wojska i jaką właściwie treść niosły - to temat na osobne opracowanie. Osobiście skupię się na najistotniejszym: filmowa scena, do której odwołuje się p. Krawczyk, pokazuje reakcję Hubala na rozkaz Komendanta Głównego ZWZ, którym wówczas był płk Stefan Rowecki, a nie gen. Karaszewicz-Tokarzewski. Dodatkowo, Hubal owego rozkazu nie odrzucił, a już na pewno nie z "pogardą", choć tak pokazuje nam to wydarzenie dzieło Poręby (i dlatego warto opinie swe formułować na źródłach, a nie wizji reżysera). Komenda Główna żądała bowiem od Majora nie rozwiązania oddziału, ale jego skadrowania. Dowód tego znajdujemy choćby w relacji Zapiski z oddziału Hubala, pióra Jana Sekulaka, ps. „Dago”, wówczas szeregowego żołnierza oddziału: Jestem jednym z kilkudziesięciu żyjących do dzisiaj [1980] żołnierzy, którzy wówczas, 13 marca stali na ostatniej zbiórce piechoty i osobiście usłyszeli rozkaz: „Oddział zmniejszyć do stanu około 30 ludzi. Z Majorem pójdą najlepiej wyszkoleni, przede wszystkim ułani”. A dalej:[...]wielu z tych żołnierzy, nawet gdyby chciało, nie miało z sobą co robić. Pochodzili z pobliskich wiosek, wiedziano o nich, że są partyzantami. Nie mogli tam wrócić. Częściowo właśnie z tego powodu, z Hubalem poszło dalej aż siedemdziesięciu ludzi. 

Opinia o „zbuntowanym Majorze” jest więc mocno krzywdząca. Podobnie zresztą, jak i inne informacje zamieszczone w omawianym opracowaniu. 

Jedną z nich znajdujemy na stronie 6., gdzie w ramce znajdziemy krótki życiorys majora Dobrzańskiego: Podczas wojny obronnej 1939 roku brał udział w obronie Grodna jako zastępca dowódcy 110. Rezerwowego Pułku Ułanów. Nie podporządkował się rozkazowi rozwiązującemu pułk i nakazującym [nakazującemu] przedzieranie się na Litwę i wraz z grupą żołnierzy ruszył ku Warszawie. Zaledwie dwa zdania, a kilka błędów. Nie śmiąc zarzucać autorowi niechlujności, znajduję w tym nieuchronną konsekwencję zbytnich uproszczeń i skrótów. 

Nie rozwodząc się zbytnio nad szlakiem, jaki we wrześniu '39 przeszedł 110. Pułk Ułanów, wspomnę tylko, że major Dobrzański nie brał udziału w obronie Grodna. Podobnie jak to nie on podjął decyzję o niewykonaniu rozkazu marszu na Litwę. To ppłk Dąmbrowski, stojąc na czele jednostki, zdecydował się zawrócić spod granicy litewskiej. Co więcej, sam pan Sawicki pisze o tym dwie strony dalej! 

Druga sprawa, a mianowicie rzekomy bunt Hubala przeciwko rozwiązaniu 110. Pułku i samorzutne objęcie nad nim komendy. Widowiskowo wygląda to i u Wańkowicza, który swym barwnym piórem uwiecznił tę scenę w swych „Hubalczykach”, jak również w samym filmie. W rzeczywistości wyglądało to jednak inaczej. Ppłk Dąmbrowski rozwiązał pułk, nie widząc możliwości dotarcia z nim do Warszawy. Nie oznacza to jednak, że zrezygnował całkowicie z walki zbrojnej - co miało być niby przedmiotem konfliktu z majorem Dobrzańskim. Jednostkę rozwiązano w „kulturalnej atmosferze”, żołnierze podzielili się na cztery grupy. Za Dąmbrowskim odeszli ci, którzy potem kontynuować mieli walkę na Wileńszczyźnie - zresztą pisze o tym sam p. Sawicki. Kolejna grupa skierowała się ku granicy węgierskiej. Trzecią stanowili ci, którzy postanowili przebrać się w cywilne ubrania i wrócić do domu. Czwartą major Dobrzański poprowadził ku walczącej jeszcze stolicy. Wyodrębnieniu grup towarzyszyło rozdzielenie kasy pułkowej równo pomiędzy ppłk. Dąmbrowskiego i mjr. Dobrzańskiego. 

Obawiam się, że tekst p. Sawickiego utrwala w wyobraźni czytelników wizerunek Majora rozbijającego się konno po lesie i dzierżącego w dłoni szablę zbroczoną krwią niemiecką. A kolejne zwycięskie potyczki z Niemcami powodowały, że legenda oddziału rosła. - jak chce autor. W rzeczywistości potyczek, i to niekoniecznie dla Oddziału zwycięskich, było tylko kilka, w tym pod Wolą Chodkowską, Cisownikiem, Huciskiem, Szałasem, czy wreszcie Anielinem, w efekcie której major Dobrzański poniósł śmierć. (Jak niewiele było tych starć można zobaczyć również na mapce, która uzupełnia omawianą publikację). Ponadto, nieprawdą jest, że podczas spotkania Hubala z gen. Karaszewiczem-Tokarzewskim, jakie miało miejsce w Warszawie, ten ostatni był stanowczy i nakazał zaniechania walki. Walk Oddział nie toczył, stąd i zaniechać ich nie miał jak. Major Dobrzański skupiał się wówczas na organizacji Okręgu Bojowego Kielce i interesowało go nie wytworzenie realnej siły zbrojnej, ale przygotowanie kadr do wystąpienia na wiosnę. Zarówno potyczka pod Cisownikiem, jak Huciskiem czy Szałasem, zainicjowana była przez Niemców. Dzielił je okres pięciu miesięcy (początek listopada - koniec marca/początek kwietnia), gdzież więc owe wiele zwycięskich walk i potyczek z Niemcami? 

Dalej pisze p. Sawicki w te słowa: [...] niespodziewanie komendant Okręgu Łódzkiego ZWZ ppłk Leopold Okulicki „Miller” wydał rozkaz jego [tzn. Oddziału] rozwiązania. Wersja przedstawiona przez p. Sawickiego pozostaje niestety w sprzeczności z twierdzeniem p. Krawczyka o tym, że rozkaz wydał gen. Karaszewicz-Tokarzewski. Jak już wspomniałam, obaj panowie są w błędzie, bowiem autorem rozkazu jest płk Stefan Rowecki. Co nakazywał Hubalowi - to już przedstawiałam wcześniej. 

Oprócz błędów merytorycznych, w artykule zaobserwowałam również niefortunny niekiedy dobór słów. W tym czasie Dobrzański przybrał pseudonim „Hubal”; podobnie nakazał uczynić swoim żołnierzom. Choć żołnierzy Majora nazywamy Hubalczykami, to jednak nie od tego, że każdy przyjął pseudonim taki sam jak ich dowódca. Pod Huciskiem natomiast partyzanci nie atakowali kolumny niemieckich samochodów „w odwecie”. Był to element walki, który zadecydował o zwycięstwie Polaków. Myli się również p. Sawicki, sugerując, że Oddział Wydzielony Wojska Polskiego przestał istnieć zaraz po śmierci Hubala pod Anielinem - jak wynikałoby z ostatniego zdania strony 9. Żołnierze Hubala postanowili przejść do konspiracji dopiero 25 czerwca 1940 r. - a więc niemal dwa miesiące później. 

Kończąc ten przydługawy (lecz nie z mojej winy!) szkic, pozwolę sobie przytoczyć słowa, cytowanego już wcześniej Jana Sekulaka: [...] najwyższy czas skończyć z upartym powtarzaniem wydumanych przez powojennych mędrców mitów i półprawd na temat „Hubala”. Czyż nie? 


Bibliografia: 
1. (brak autora), Konie mające brać udział w zawodach Olimpijskich w Amsterdamie, „Jeździec i Hodowca”, nr 31/1928. 
2. Matysiak Łukasz, Działalność zaplecza oddziału Majora Hubala w Radzicach i powiecie opoczyńskim w latach 1939/40, [w:] „ Materiały Sesji „Oddział Wydzielony Wojska Polskiego majora Henryka Dobrzańskiego – Hubala”, Tomaszów Mazowiecki 1985. 
3. Sekulak Jan, Hubala ciąg dalszy, „Perspektywy”, nr 1/1972. 
4. Sekulak Jan, Nie umilkły nawet na chwilę, „Perspektywy”, nr 27/1972. 
5. Sekulak Jan, Zapiski z oddziału Hubala, „Kontrasty”, nr 11/1980. 
6. Szymański Marek, Oddział majora Hubala, Warszawa 1972. 

Autorka zaprasza wszystkich do odwiedzenia jej bloga, gdzie publikuje wszystkie swoje artykuły i przemyślenia www.muzeum.blog.onet.pl