Hubal: Rozkazy tych panów mam w dupie

W listopadzie 2009 roku informowaliśmy (kliknij tutaj), że Dziennik Bojowy oddziału majora Hubala znajduje się obecnie w Muzeum Armii Krajowej w Krakowie. W międzyczasie został on poddany konserwacji oraz podjęto próbę odczytania jego treści. O efektach tych prac jako pierwszy napisał dziennikarz Gazety Wyborczej. 

Poniżej prezentujemy treść artykułu Wojciecha Czuchnowskiego, który ukazał się w Gazecie Wyborczej w wydaniu z 17/18 września 2011.
 

Wojciech Czuchnowski 

Gdyby Kazimiera Wyrwa, nie wpadła na pomysł, by ukryć dziennik w makowcu, który wiozła do brata we Francji, kronika oddziału Hubala byłaby pewnie w lepszym stanie. Niestety, chociaż dziennik udało się jej wywieźć za Żelazną Kurtynę, to przemyt w cieście (w którym wcześniej kartki zapieczono) nadszarpnął ostatecznie i tak już wcześniej zniszczony dokument. 

Dziennik został ukryty w strzesze wiejskiej chałupy przez kapitana Józefa Wyrwę, któremu dokument powierzył sam Hubal 8 kwietnia 1940 r., trzy tygodnie przed swoją śmiercią. Po wojnie Wyrwa został na Zachodzie. W 1965 r. jego siostra Kazimiera przemyciła wyjęte ukrycia kartki, do Francji, gdzie mieszkał. 

24 kartki (48 stron) nietypowego formatu (nieco mniejszy od zeszytowego A5), zapisane dwustronnie starannym charakterem pisma. Kartki są zbrązowiałe i poplamione, wiele postrzępionych, czytelnych w zaledwie kilku procentach. To najcenniejsza pamiątka po Oddziale Wydzielonym Wojska Polskiego majora Henryka Dobrzańskiego ps. „Hubal”, który mimo klęski wrześniowej, od końca września 1939 do 30 kwietnia 1940 r. walczył z Niemcami jako regularna armia. 

Gdy w 2007 r. dziennik otrzymało krakowskie Muzeum Armii Krajowej (przekazał go prof. Tadeusz Wyrwa, syn Józefa), był tak nieczytelny, że powierzono go ekspertom Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji. Sfotografowany m.in. w podczerwieni, jest już łatwiejszy do odcyfrowania. 

26 września Muzeum zostanie otwarte po kilkuletnim remoncie. „Dziennik Oddziału Hubala” będzie jednym z ważniejszych eksponatów. To zaś, co udało się z niego odczytać zostanie opublikowane w książce. 

Z wykonanych przez policję zdjęć spróbowałem odtworzyć treść zapisków. 

Przybywa Okulicki 

Nie wiadomo, ile stron dziennik liczył pierwotnie. Prowadził go adiutant Hubala, podchorąży Henryk Ossowski ps. „Dołęga”. Do oddziału przyszedł w lutym 1940 r. Był z majorem w chwili jego śmierci. Potem walczył w konspiracji. Po wojnie kierował Państwowym Gospodarstwem Rolnym. 

Ocalałych 48 stron obejmuje okres pomiędzy początkiem marca a 8 kwietnia 1940 r. Był to czas wyjątkowo dla oddziału trudny. Po raczej spokojnej zimie, którą żołnierze Hubala spędzili we wsiach Kielecczyzny, Niemcy postanawiają z nimi skończyć. Mają dość „bandytów”, którzy podtrzymują ludność na duchu, siejąc panikę wśród żołnierzy Wehrmachtu i okupacyjnych urzędników. Przyjmują zbrodniczą taktykę odpowiedzialności zbiorowej egzekwowanej na mieszkańcach wsi, które dawały schronienie Hubalczykom. 

Ale to nie jedyny kłopot majora i jego ludzi. Konspiracyjny Związek Walki Zbrojnej (przerodzi się później w Armię Krajową), działający w imieniu polskiego rządu na uchodźstwie - po zrazu życzliwym przyjęciu decyzji Dobrzańskiego o nierozwiązywaniu pułku, nad którym 28 września 1939 r. przejął dowództwo - zmienia pogląd i próbuje zapanować nad niepokornym majorem. Każe mu rozesłać oddział do domu. 

Pierwsze kartki nie noszą daty, ale zestawiając je z historią oddziału, można stwierdzić, że zapiski pochodzą z 13 marca 1940 r. Do kwatery we wsi Gałki przybywa tego dnia płk Leopold Okulicki. W 1945 r. będzie generałem i ostatnim dowódcą Armii Krajowej. Teraz nosi pseudonim „Miller” i dowodzi łódzkim okręgiem ZWZ. Przywozi rozkazy będące ciosem dla Hubala, który właśnie powiększa oddział. Wracają żołnierze, na czas zimy wysłani do domów, napływają ochotnicy ożywieni nadzieją wiosennej ofensywy aliantów, o której wtedy tak dużo mówiło się w Polsce. 

Rozkazu nie wykonam 

Z wcześniej napisanych strzępów zdań można odcyfrować: „raporty poranne wykazały stan oddziału 250 ludzi”. Według innych danych, do przybycia Okulickiego Hubal miał pod dowództwem 320 żołnierzy podzielonych na pododdziały kawalerii, piechoty, tabory. Oprócz tego sieć kwater i łączników w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Zaskoczenie rozkazami dowództwa było więc tym boleśniejsze. 

Autor zapisków, adiutant majora, pisze o Okulickim per „pułkownik”, nie podając jego pseudonimu. Można więc przypuszczać, że znał go tylko Hubal. 
W dzienniku czytamy, że do oddziału przybył „pułkownik i Komendant Tajnej Organizacji na Okręg Łódź. Pan ten twierdził, jakoby przywiózł rozkazy gen. Sikorskiego [wódz naczelny i premier rządu w Londynie], aby oddział zdemoblizował się. Rozkaz ten motywował: 

1) że nas tu wyduszą 
2) że narażamy ludność cywilną na zemstę niemców [w oryginale Niemcy z małej litery] 
3) że nie czas jeszcze na powstanie. 

Należy zaznaczyć, że zarówno swej tożsamości, jak i rozkazów Pan ten nie mógł stwierdzić niczym innym, jak tylko słowami”. 

Tu strona się urywa, jest jeszcze zdanie, że „zarządzono odprawę oficerów oddziału, na której »pułkownik« wyłuszczył...”. Prawdopodobnie wtedy Okulicki powtórzył rozkaz przekazany Hubalowi: oddział rozwiązać, a ludzi przekazać do „roboty konspiracyjnej”. 

Dla majora, o którym wiedziano, że nie zdejmie munduru, pułkownik ma propozycję, by z niewielką grupą (do 30 ludzi) przemieszczał się po całym kraju, by tak doczekać powstania. 

Hubal odpowiada. Najpierw spokojnie: 

„1) kwestia »wyduszenia« nas przez niemców jest osobistą sprawą każdego z nas, którzy jako ochotnicy zgłosiliśmy się do oddziału. Pozatym [oryg.] fakt istnienia oddziału od początku wojny, kwestię »wyduszenia« czyni nie tak znowu tragiczną. 
2) mimo że od listopada oddział kwateruje [fragment nieczytelny, prawdopodobnie chodzi o to, że kwateruje po wsiach, a represji wobec mieszkańców było niewiele] mimo potyczek, gdzie ginęli umundurowani niemcy”. 

Potem: 

„Pan Major oświadczył, że jedynie zaatakowany przez niemców rozpocznie działanie, a i to będzie działanie oddziału na własny rachunek, a nie rachunek (...) ogólnego powstania. Na koniec p. major Hubal oświadczył, że osobiście rozkazu nie wykona i nie rozbroi się, lecz jeszcze raz podkreślił, że zarówno oficerowie, jak podoficerowie i szeregowcy dostaną wolną rękę”. 

I następuje informacja, że 14 marca na odprawie zdecydowało się w oddziale pozostać 6 oficerów, 3 podchorążych (wymieniono pseudonimy). Urwany jest fragment o szeregowcach, ale z innych źródeł wiemy, że zostało ich ponad 60. 

Major wybucha gniewem 

Melchior Wańkowicz w literackiej - choć opartej na relacjach wielu uczestników zdarzeń - książce „Hubalczycy” dobrze tłumaczy dylematy podwładnych majora: 
„Większość trzymała się psychicznie zawieszona na świadomości, że oto są pod rozkazami prawowitej władzy ciągnącej się z pomazania prawowitych konstytucyjnych czynników zasiadającej w stolicach świata, jako partner bliskiego wyzwolenia. (...) Na godzinę 18 już Hubal wie, że opuszczają go wszyscy starsi wiekiem i stopniem. Odchodzi kapitan Pomian, odchodzi rotmistrz Walicki, a więc i dowódca piechoty, i dowódca kawalerii, odchodzi Korab, odchodzi autor hymnu Hubalczyków, Tchórzewski, odchodzi porucznik Lachowicz i tylu innych”. Zostaje - według Wańkowicza - 80 ludzi i 50 koni. 

Reakcje majora pisarz opisuje oszczędnie. Gdy pierwsi oficerowie deklarują, że zostają, „odwrócił się Hubal ku oknu, by ukryć wzruszenie”. 

Potem jest idylliczny obrazek, jak po apelu tych, którzy „z buntowniczym majorem ruszą w nieznane”, oddział wyjeżdża na nową kwaterę: „po zboczach drogi czernieją gromadki ludności. Kobiety płaczą, żegnają krzyżem świętym”. 

W dzienniku widać więcej. Dowódca nie mógł pohamować gniewu. W tej części relacji kronikarz porzuca styl własnego opisu; jest to więc jeden z momentów, gdy możemy przyjąć, że czytamy (w przybliżeniu) słowa samego Hubala, tym bardziej, że cytaty są ujęte w cudzysłów. 

Major mówi więc tak: 

„Taki cep jeden z drugim rozkazami grozi Sikorskiego [żołnierzom] Wojska Polskiego. Nie uwierzymy w takie rozkazy póki ich czarno na białym nie otrzymamy. Takiego rozkazu [ani] generał Sikorski, ani żaden człowiek [nie mógł wydać] taki rozkaz byłby przyłożeniem ręki do tego co już miało miejsce w czasie tej wojny: do hańby! Bo możemy się zgodzić, że oddział nie wygoni niemców z Polski (...) czego są dowody. (...) ale stanowi kadrę ludzi gotowych na wszystko, ludzi wkoło których w decydującym momencie staną ci wszyscy, którzy będą walczyć. (...) oddział i jego dowódca faktem [że walczy] od początku wojny, daje pewność [że zadanie] owe spełni”. 

Czy była to anarchia, wypowiedzenie posłuszeństwa? Niekoniecznie. W grudniu 1939 r. Dobrzański był w Warszawie, gdzie gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (dowódca organizacji Służba Zwycięstwu Polski, poprzedniczki ZWZ) poparł działania oddziału, rozkazując mu utrzymać formację, ale unikać potyczek z Niemcami. Jednak po aresztowaniu Tokarzewskiego (wpadł w ręce sowieckiego NKWD przy przekraczaniu granicy) nowe władze zmieniły zdanie. Hubal, nie mając do nich zaufania, uznał, że obowiązuje go rozkaz generała - tym bardziej że był zgodny z jego dewizą: „Broni nie oddam, munduru nie zdejmę”. 

Dziennik przytacza jego słowa: 

„Nie robimy z siebie bohaterów (...) w całym tego słowa znaczeniu dochowujemy żołnierskiej przysięgi i spełniamy nasz obowiązek. I to każdy uznać musi (...) A jeżeli [nie chcemy być] godnymi, być narodem wolnym, nie możemy istnieć jako państwo tylko znajdźmy sobie dobrą służbę łagodnego i wyrozumiałego pana. A może kiedyś nauczymy się (...) że dotrzymywanie przez żołnierza [danego słowa] jest zasługą, a nie powodem [by straszono] go sądem i karami”. 
To gorzka wykładnia koncepcji, która stała za decyzją majora o kontynuowaniu walki po klęsce wrześniowej. 
Uznał wtedy, że nie było rozkazu kapitulacji, państwo polskie istnieje, a jego oddział ma być tego świadectwem i - jak mówił - „pomostem między wrześniem a wiosną”. 

Nie wiedział tylko, że ta wiosna przyjdzie za cztery lata i nie będzie taka, jak sobie wymarzył. 

Wojna jest wojną 

Jeszcze w jednym Hubal się mylił. Nie przyjmował argumentu, że akcje oddziału mogą ściągnąć zemstę na cywilów. Dziennik: 
„Drugi zarzut to ten, że narażamy ludność cywilną (...) Ale to trudno, wojna jest wojną, tych kilka wsi, które ewentualnie będą spalone z naszej [winy?], jest niczem wobec cierpień poznańskiego i pomorskiego z łaski naszych byłych dowódców. Zresztą ciepło się robi, niedługo i wsi narażać [nie trzeba będzie], więc i ten zarzut przestaje [być aktualny?]”. 

Jest w tym znów gorycz i pamięć o błędach kampanii 1939 roku („cierpienia poznańskiego i pomorskiego z łaski naszych byłych dowódców”). Ale i błędne przewidywanie, że wróg nie przekroczy pewnej granicy. Tylko tym chyba można tłumaczyć lekceważące „wojna jest wojną”. W ciągu następnych dni Niemcy, mordując ponad 700 mężczyzn i paląc domy, spacyfikowali Gałki, Hucisko i Szałasy - trzy wsie, w których oddział miał kwatery i wsparcie. 

Wańkowicz opisuje wstrząs i przygnębienie Hubala, gdy dostawał informacje o kolejnych mordach. „Chcieli być wiosną tej ziemi, stali się zwiastunem nieszczęść”; „Dowódca zajadł się w sobie i zmierzchł” - czytamy w „Hubalczykach”. 

Niestety, w ocalałych fragmentach dziennika nie ma ani informacji o pacyfikacjach ani żadnej relacji o reakcjach dowódcy na tragedię cywilów. Widać tylko, że oddział zmienił taktykę. Kwaterują z dala od zabudowań (na szczęście jest coraz cieplej). Kończą się demonstracyjne przemarsze w mundurach przez wieś. Ostatni taki raz to Wielkanoc 1940 r., już po buncie przeciwko rozkazom ZWZ, a jeszcze przed pierwszymi akcjami pacyfikacyjnymi. 

Dziennik: 

„Święto Wielkiej Nocy przeszło w Oddziale w bardzo miłym i serdecznym nastroju. Ksiądz kapelan [w kazaniu tłumaczył] wielkość i piękno naszego zadania. W Wielki Poniedziałek pojechaliśmy tj. Pan [Major], ppor. Bem, ja i dwu kaprali (...) do majątku Konary, gdzie [przyjęto nas] ogromnie gościnnie. W drodze (...) załamał się lód, następnie ja wpadłem, tak że skąpaliśmy się po pas, co przy dyngusie było ogromanie a propos. Wyjazdy takie mają ogromne znaczenie propagandowe. Ludzie stają wprost oniemieli, a dopiero za nami słychać płacz i błogosławieństwa, a baby znak [krzyża] znaczą (...) zresztą znają już doskonale niemcy, że tu nie mają [do czynienia z człowiekiem], który pragnie zachować swe incognito”. 

Rozkazy takowe mam w dupie 

30 marca 1940 r. to dzień największego zwycięstwa Hubala, ale i początek końca. Niemcy wystawiają przeciwko oddziałowi - którego liczebność znacznie przeszacowali - ok. 5 tys. żołnierzy Wehrmachtu, SS i policji. Pierwszy bój, pod Huciskami, z dwoma batalionami tego korpusu ekspedycyjnego Polacy wygrywają. Zabijają ok. 100 Niemców przy własnych stratach 6 zabitych. Dowódca wie, że to tylko chwilowy sukces. Coraz bardziej osłabiony oddział próbuje przebić się w Góry Świętokrzyskie. 

Dziennik: 

„Do Gór Świętokrzyskich (...) niemcy już nam teraz spokoju nie dadzą, a dopóki wojna nie ogarnie całej Polski, dopóty my możemy tam siedzieć spokojnie nękając niemców (...) tam będziemy mogli zebrać [siły by działać] na poważniejszą skalę”. 

Dwa dni później bój pod wsią Szałas. Znów zwycięstwo, ale i dalsza ucieczka. Równolegle ze ściganiem Hubala wróg pacyfikuje wsie. 6 kwietnia do oddziału dociera kolejny wysłannik ZWZ. W dzienniku czytamy, że w imieniu „niejakiego pana Grabca” przywozi komunikat: „Z powodu dwukrotnie niewykonanego rozkazu rozwiązania oddziału p.Major będzie odpowiadał sądowo-karnie”. 

Wańkowicz, opisując to, podaje, że rotmistrza, który przywiózł rozkaz Grabca, Hubal chciał rozstrzelać. W końcu postawił przy nim straż i poprosił o maszynę do pisania. Adiutantowi podyktował odpowiedź, której treść przeszła do legend II wojny światowej: 

„Oddział wydzielony Wojska Polskiego w Górach Świętokrzyskich. 

Do Pana Grabca 

Żadnych Grabców nie znam i znać nie chcę. Rozkazy takowe mam w dupie i na przyszłość przyjmować nie będę. 
Dowódca Oddziału Wydzielonego Major Hubal”. 

Odpowiedź cytuję za Wańkowiczem, który w „Hubalczykach” niekiedy ubarwiał i przesadzał (np. pisał, że Niemcy wymordowali kobiety, dzieci i niemowlęta, a wieś Gałki zaorali). 

Ale w dzienniku oddziału znajdujemy potwierdzenie, że taki komunikat major rzeczywiście przekazał wysłannikowi ZWZ. Niestety, akurat ta strona należy do najbardziej zniszczonych. Zdołałem odcyfrować: „W [odpowiedzi] poszło pismo następującej treści: »Komendant powiatowy organizacji w Końskich: Grabców itp. nie znam (...) ich rozkazy mam w dupie. Hubal, major«”. 

Niżej komentarz: 

„Wesoła odpowiedź, ale tragiczna w niej wesołość - więc [to nas spotyka] za to, że znalazł się jeden człowiek do dzisiejszego dnia utrzymujący oddział zbrojny, jako jedyną reprezentację armii na terenie Polski, a tym samym jedyny dowód, że Polska żyje”. 

Tak ciężko czasem i są myśli, dla kogo te trudy... 

Pod tym komentarzem kolejny wybuch desperackiego gniewu Hubala. Zapewne również jego własne słowa: 

„Gdyby taki oddział znalazł się [w podobnych] warunkach w jakimkolwiek innym kraju, byłby bezwględnie uhonorowany (...), byłby gloryfikowany, byłby dumą (...), a u nas wściekła odwieczna (...) chęć stania przy żł[obie], wygórowane ambicje każą panom Grabcom [wydawać] tak śmieszne, tak głupie i (..) zawiadomienia. Wiedzą oni, że kto (...) [okaże] w decydujących chwilach siłę (...) będzie przy głosie, wiedzą, że oddział jest dla nich niebezpieczną konkurencją, wiedzą, że prawdę o nich winnych i sądu nad nimi [ nie] zawachamy [pisownia oryg.] się wykonać, bo mu to Pan Major wyraźnie powiedział, gdy go [zapraszali] do współpracy”. 

Potem znów strona urywa się. Tekst wraca przy zdaniu: 

„Ludzie, którzy tak haniebnie zapisali się na kartach tej wojny, a którzy dziś są jej kierownikami - ludzi tych nie usunięto, tłumacząc, że przecież trzeba dać im możność rehabilitacji. Boją się więc ci panowie (...) zasłaniając się rozkazami gen. [Sikorskiego]. [Myślą] że zajmiemy wybrane przez nich miejsce przy żłobie, sądząc nas według siebie, a nie wiedząc, że jedynym [marzeniem] Pana Majora jest, gdy się już (...) [wojna skończy?] uspokoi, zafasować jednorazowo swoją (...) gażę i wyjechać na riwierę, gdzie będą wygodne łóżka, piękne Panie, nie będzie wszy, nie będzie często 9 razy dziennie [alarmów] albo jajek na twardo. 
Boją się, więc podejrzewają o jakieś dyktatorskie aspiracje, nie mogąc zrozumieć, by ktoś chciał tłuc się po lasach, narażać się ustawicznie na śmierć, żryć byle co i byle jak jedynie z miłości Ojczyzny, a nie dla osobistych korzyści. (...) tak ciężko czasem i naprawdę [są] myśli »dla kogo te trudy (...) tylko parę trupów niemieckich albo [uśmiech] na gębie chłopa, albo (...) słownictwo baby wiejskiej, czy serdeczne o przyjęcie w starym dworze, daje nam [siłę] do przetrwania« (...) naprawdę lepiej się rozbroić albo oddać się na usługi Gestapo i plewić codziennie chwasty, krzycząc Heil Hitler, bo w każdym narodzie nawet u niemców poświęcenie i spełnienie obowiązku wobec Ojczyzny jest poświęceniem i spełnieniem obowiązku i jako takie jest traktowane, a tylko w tej nieszczęśliwej Polsce każdy dureń, każda tchórzliwa swołocz będzie ten fakt rozważała z punktu widzenia owych machinacji i prędzej [uwierzy w istnienie] złotej góry niż w bezinteresowność działań!!!”. 

*** 

Na tym dziennik się kończy. Ostatni zapis datowany jest 8 kwietnia 1940 r.: 
„Oddział przebywał zupełnie pokojowo do wieczora dnia 8 bm., tego dnia wymaszerowaliśmy do folw. [?] gdzie rozkazy (...) i niniejszy dziennik zostały od[dane] na przechowanie p. Wyrwie z (...)”. 

30 kwietnia topniejący oddział - na końcu przy Hubalu jest już tylko 20 ludzi - obława dopada w zagajniku pod Anielinem. Zaskoczeni żołnierze uciekają bezładnie. Majorowi nie udaje się wsiąść na konia. Ginie, ostrzeliwując się z pistoletu. 

Niemcy triumfują. Zwłoki swego śmiertelnego wroga układają na furmance z gnojem. Robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Jedno z najbardziej znanych - czterech zadowolonych niemieckich żołnierzy pozuje, podnosząc głowę majora spoczywającą na płachcie. 

Według Wańkowicza ten spektakl przerwał niemiecki generał Blaskowitz, który przyjechał na miejsce zwycięstwa. „Błyszcząc czerwienią generalskiego płaszcza, złotem bulionów, liści na kołnierzu, krzyżem żelaznym pod szyją, mając za sobą świetny sztab, salutował do daszka wgiętej pruskiej czapki grottgerowskiego powstańca w romantycznym kożuszku”. 

Niestety inne relacje nie potwierdzają tej wersji, w której jest nawet opowieść, że sztabowcy Blaskowitza oczyścili zwłoki i złożyli je do samochodu, „ażeby nikt nie powiedział, że pohańbiła przeciwnika armia niemiecka”. 

Naprawdę zwłoki Hubala przewieziono na ciężarówce do koszar w Tomaszowie Mazowieckim. Pochowany został w nieznanym miejscu, by ludzie nie mogli odwiedzać jego grobu. 

Korzystałem ze strony majorhubal.pl Cytaty z „Hubalczyków” Melchiora Wańkowicza, PAX 1965. 
Dziękuję p. Tadeuszowi Żabie wicedyrektorowi Muzeum Armii Krajowej w Krakowie za udostępnienie kopii „Dziennika” i p. Łukaszowi Ksycie prowadzącemu stronę majorhubal.pl za cenne informacje. 


Redakcja strony www.majorhubal.pl składa serdeczne podziękowania Wojciechowi Czuchnowskiemu za udostępnienie tekstu artykułu.