Triumf tego filmu był nieporównywalny z niczym

Z okazji czterdziestolecia premiery Hubala z Bohdanem Porębą rozmawia Michał Dondzik 

Czy pamięta pan reakcje widzów po premierze Hubala w 1973 roku?
 

Tak, triumf tego filmu był nieporównywalny z niczym. Nie przeżyłem wcześniej ani później takich uniesień. Pierwsza recenzja brzmiała: „Tyle lat czekaliśmy na taki film”. Czułem pełną jedność ze społeczeństwem. Posypały się nagrody, zaproszenia. 

Propozycję realizacji filmu otrzymał pan od ówczesnego szefa kinematografii. 

Jerzy Bajdor zaproponował mi scenariusz Jana Józefa Szczepańskiego zatytułowany „Szalony major”. Tekst znałem wcześniej z czasopisma „Dialog”. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Tuż po wojnie czytałem z płonącym sercem „Wrzesień żagwiący” Melchiora Wańkowicza z opowiadaniami „Westerplatte” i „Hubalczycy”. Propozycja Bajdora była dla mnie najwyższą rekompensatą za filmowe bezrobocie, na które skazano mnie w latach 1963 - 1969 przez wzgląd na jedyny dotąd film o armii na Zachodzie pt. Daleka jest droga. 

Dlaczego nazwiska Szczepańskiego nie umieszczono w czołówce filmu Hubal? 

W scenariuszu były trzy sekwencje nie do przyjęcia: romans łączniczki Tereski z majorem, rozstrzeliwanie jeńców niemieckich i bezsensowna ułańska szarża, w której ginął Hubal. Po wnikliwej dokumentacji i ścisłych kontaktach z przeszło sześćdziesięcioma żyjącymi wówczas żołnierzami Hubala nie mogłem się zgodzić na te nieprawdy. 

Kluczowa w konflikcie ze scenarzystą okazała się kwestia obsadzenia w głównej roli Ryszarda Filipskiego.

W pewnym momencie Szczepański stwierdził: „Albo Filipski, albo ja”. A ponieważ już mieliśmy konflikt o te trzy sprawy w scenariuszu, powiedziałem: „Filipski”. Wtedy zaczęła się niezwykła akcja. Odbieram telefon z kierownictwa zespołu: „Englert zgodził się zagrać Hubala!” Odpowiadam: „ A w jakim filmie?” Chciano mnie złamać i wymusić, aby kto inny zagrał bohatera. W końcu film oparliśmy o scenopis, do którego wraz z Ryszardem Filipskim i operatorem Tadeuszem Wieżanem napisaliśmy dialogi.

Czy prawdą jest, że po sukcesie Hubala Szczepański chciał, by jego nazwisko jednak pojawiło się w czołówce filmu?

Nigdy o tym nie słyszałem. Gdyby tak było, na pewno by się tam znalazło.

Przed panem do nakręcenia filmu o Hubalu przymierzał się Czesław Petelski.

Tak, czytałem nawet jego scenariusz. Z tego, co mi wiadomo również Andrzej Wajda zastanawiał się nad tym tematem.

Czy podczas przygotowań do filmu zastanawiał się pan nad współpracą z Melchiorem Wańkowiczem, autorem „Hubalczyków”? 

Nie. Powiedziałem wyżej, ze otrzymałem gotowy scenariusz innego autora, który musiałem weryfikować z żyjącymi bohaterami. Wańkowicz czuł się urażony. Miał zresztą trochę racji. Przykro mu było, że jako odkrywca tematu nie był scenarzystą. Lody pękły, gdy przyjechał na premierę filmu do Tomaszowa Mazowieckiego. Tam mieścił się Klub Hubalczyków. Usłyszał same peany, poznał prawdziwych hubalczyków: sześćdziesięciu chłopa, adiutanta i dowódcę piechoty. Widział, że są ze mną. Od tego czasu zaprzyjaźniliśmy się.

Swoją koncepcję filmu przedstawił panu nawet Daniel Olbrychski.

Kiedy zaczynałem robić film, Olbrychski doradzał: Wiesz, ja początek widziałbym tak, że siedzi pijany oficer, ledwo widzi, jeszcze chce szklaneczkę. Nagle ją odtrąca, zrywa się i woła: „Na koń”! Niestety, tylko przez taki pryzmat wypracowany przez „szkołę szyderców” widziano wówczas polskie bohaterstwo.

Rozpoczęcie zdjęć poprzedził pan starannymi przygotowaniami.

Przeczytałem wszystkie lektury. Najważniejszymi były: „Oddział majora Hubala” Marka Szymańskiego i „Tropem majora Hubala” Mirosława Dereckiego. Natychmiast skontaktowałem się z Markiem Szymańskim, dowódcą piechoty Hubala, autorem rzetelnej monografii oddziału. Dokumentacja w terenie była bardzo wszechstronna. Konfrontowałem to, co było napisane o majorze Dobrzańskim z rzeczywistością. Pojechałem do wszystkich miejsc, którymi wiódł szlak Hubala, rozmawiałem z ludźmi którzy z nim współpracowali, zdobyłem oryginalne dokumenty, w tym rozkazy majora. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że w filmie nie ma nic zmyślonego.

Kiedy film był gotowy, władza zgłosiła zastrzeżenia. Kazano panu dokonać cięć.

Sekretarz KC d.s. kultury Józef Tejchma zażądał wyrzucenia sceny bożonarodzeniowej pasterki. Ocalała dzięki specjalnej projekcji dla Wojciecha Jaruzelskiego. Po filmie minister obrony narodowej uścisnął mi dłoń i powiedział: „Mocna rzecz”. W Hubalu cenzura zmieniła „tylko” dwie kwestie. Nie udało się ku mojej rozpaczy uratować dialogu, gdzie pada informacja, że koń Hubala należał przedtem do marszałka Rydza-Śmigłego. To byłby dopiero symbol ciągłości armii i państwa! Wycięto również wypowiedź majora do rozproszonego oddziału, który mówi, że jest tak zimno, ponieważ mamy 11-go listopada.

Czy podczas realizacji Hubala inspirowały pana filmy innych twórców?

Wiedziałem, że Hubal będzie miał elementy westernu. Z drugiej strony byłem pod wpływem poetyckiego realizmu najlepszych filmów rosyjskich, takich jak Los człowieka, Ballada o żołnierzu, Lecą żurawie, czy Dworzec Białoruski, które są dla mnie szczytem filmowego humanizmu.

Obok scen realistycznych wprowadził pan do filmu elementy poetyckie. Zawsze lubiłem łączyć realizm z symbolizmem. Czasem życie samo tworzy symbole, jak urwanie się krzyża Virtuti Militari tuż przed śmiercią Hubala. Co może być bardziej filmowego niż konie, ogień, szeroki pejzaż: lasy, łąki, wody? W scenie po śmierci majora pędzące na zwolnionym ruchu konie bez jeźdźców przypominają anioły śmierci, gdzie powiewające siodła stają się skrzydłami. Za szczyt filmowej poezji uważam scenę z Popiołu i diamentu, w której kieliszki na barze, stają się zniczami na grobach poległych.

Czy Hubal to najważniejszy film w pana dotychczasowym dorobku twórczym?

Nakręcenie Hubala było dla mnie potwierdzeniem sensu filmowego i obywatelskiego życia. Dostrzegłem w majorze bohatera na miarę tragedii antycznej. Mam przekonanie, że istnieją pewne postacie, zaszłości historyczne, które nie wymagają ubarwień i same w sobie niosą dramaturgię. To jest dramaturgia losu, któremu bohater jest wierny aż do najwyższej ofiary.