Romuald Rodziewicz we wspomnieniach s. Sergii Walczak opiekunki Romana

Miałam to szczęście pracować w Domu Polskim Huddersfild, gdzie Pan Roman spędził ostatnie lata swojego życia. Mój codzienny kontakt z Panem Romanem - ostatnim z Hubalczyków - był dla mnie ogromnym zaszczytem. Pomagać, opiekować się tak szlachetnym człowiekiem, o ogromnej kulturze osobistej, zawsze wdzięcznym za każdą wykonaną czynność było rzeczywiście przyjemnością. Szarmancki, wysoki, dobrze zbudowany, ale jednocześnie bardzo skromny, delikatny i nie wymagający - właśnie taki na zawsze pozostanie w mojej pamięci. 

Ogromną przyjemność Panu Romanowi sprawiało palenie papierosów - codzienną tradycją było zapalenie papierosa po każdym posiłku. Nikt z bliskich Mu osób, nawet w czasie Jego choroby nie miał odwagi zaproponować rezygnację lub ograniczenie tej przyjemności - zresztą sam Pan Roman uśmiechając się twierdził, że „jeden papieros nie zaszkodzi..” i zapewne miał rację.

Oprócz papierosów uwielbiał ciasteczka - bardzo lubił „Napoleonki” i bezy, zwłaszcza pieczone przez Panią Mańkowską z Huddersfild.

Razu pewnego, po powrocie z Polski, przekazałam Panu Romanowi pozdrowienia od Jego przyjaciela Tadeusza Krepsa - chwilę pomyślał i z grymasem uśmiechu na twarzy powiedział „...to dobry chłop, ale nie nauczył się palić, choć wiele czasu spędzaliśmy razem w Ciechocinku i w Warszawie - jeździłem do Niego na wakacje”.

Bardzo lubiłam słuchać opowiadań Pana Romana. Często opowiadał o swoim dzieciństwie, pamięcią wracał do okresu wojny - wspominał Majora Hubala i Jego córkę Krystynę i wiele innych mniej lub bardziej znanych mi osób. Opowiadał zawsze z wielkim przejęciem i zaangażowaniem. W Jego opowiadaniach nie brakowało zamyślenia i zadumy, ale również humoru i radości.

Pan Roman pozostanie w mojej pamięci jako Człowiek Wielki - bohater, ale przede wszystkim jako prawdziwy Przyjaciel.