Przyjazd płk. Leopolda Okulickiego ps. "Miller" do Gałek i rozwiązanie oddziału Hubala.

Dokładnie 80 lat temu do oddziału majora Hubala, który stacjonował w Gałkach przyjechał płk. Leopold Okulicki "Miller" z rozkazem rozwiązania oddziału. Wydarzenie to, do dziś wywołuje spory i jest tematem wielu dyskusji historyków. Wydarzenia te możemy odtworzyć na podstawie wspomnień żołnierzy majora Hubala a także dziennika bojowego, który spisywany był na "gorąco" przez podchorążego Henryka Ossowskiego. Mimo to jednoznaczna ocena sytuacji w jakiej wówczas znalazł się Hubal i jego żołnierze jest wciąż trudna. 

 

Na początku 1940 r. mjr Henryk Dobrzański rozpoczął intensywną pracę nad kompletowaniem szerokiego zespołu ludzi, których zmierzał użyć na wiosnę, gdy na Zachodzie ruszy ofensywa aliantów. Józef Alicki pisał: „Zima 1939/1940 na dobre rozpoczęła się w początkach stycznia i była bardzo mroźna i śnieżna. Nasze leża zimowe znajdowały się w promieniu kilkunastu kilometrów. Zmienialiśmy je co pewien czas. Terenem naszych przemarszów i zakwaterowań były powiaty opoczyński i konecki. Natomiast patrole wyjeżdżały dość daleko. Konie wierzchowe objeżdżaliśmy w saniach i one służyły nam do dalekich wypadów po ściągnięcie broni, szczególnie maszynowej, amunicji, siodeł i żywności. Wynikało z tego, że major w przyszłości zamierzał oddział powiększyć”.

 

W trakcie pobytu we Fryszerce dołączyli kolejni ochotnicy. Stan liczebny oddziału wzrósł do trzydziestu osób. W zajmowanych dotąd domach zaczęło brakować miejsca dla nowo przybyłych, dlatego major 8 stycznia 1940 r. postanowił przenieść się do Anielina, gdzie rozpoczęto szkolenie nowych żołnierzy. Napływali wciąż kolejni ochotnicy. W tym czasie mjr Dobrzański brał również udział w spotkaniach z przedstawicielami terenu i członkami organizacji konspiracyjnych, na których omawiano aktualną sytuację . Zgłaszali się też do niego mieszkańcy okolicznych wiosek z różnymi sprawami osobistymi, zażaleniami i skargami, które major rozpatrywał. Wszystko to sprawiało, iż Hubal cieszył się wśród ludności wiejskiej zaufaniem i dużym szacunkiem, co miało również wpływ na liczbę ochotników przybywających do oddziału.

 

Pobyt w Anielinie wiązał się jednak z dużym ryzykiem, ze względu na fakt, iż w pobliskiej Spale znajdowała się kwatera główna gen. Blaskowitza, o czym mjr Dobrzański z pewnością wiedział. W związku z tym poszukiwano bardziej odległego i dogodniejszego miejsca postoju. Po dokonaniu rozpoznania w terenie Hubal postanowił, iż oddział przemaszeruje na nowe miejsce postoju do wsi Gałki. Wieś ta liczyła wówczas około 50 zagród i była w stanie pomieścić większą liczbę żołnierzy.

 

W niedzielę 31 stycznia oddział wyruszył w drogę, pokonując dystans około piętnastu kilometrów. O świcie 1 lutego zatrzymano się na całodzienny odpoczynek we wsi Radzice. Wieczorem oddział opuścił wieś po przejściu około dwudziestu kilometrów dotarł do Gałek. Hubal wraz ze swoim oddziałem przebywał w tej wsi aż sześć tygodni. Tak długi pobyt w jednym miejscu związany był z bardzo ostrą zimą (temperatura sięgała –40 ºC) oraz dużymi opadami śniegu, które skutecznie uniemożliwiały Niemcom użycie sprzętu motorowego.

 

Oddział stacjonujący w Gałkach szybko się rozrastał. Józef Alicki wspominał: „Dopiero tutaj major przystąpił z całą energią do organizowania oddziału. Zewsząd przybywali ochotnicy. Oddział rósł z dnia na dzień i nie wiadomo, do jakiego stanu liczebnego, by doszedł, gdyby major wszystkich przyjmował. Aczkolwiek major niezbyt liczył się z komendą główną organizacji konspiracyjnej, niemniej jednak jej rozkaz na pewno powstrzymywał go od zorganizowania oddziału w sile kilku tysięcy. Sam osobiście każdego badał i przyjął tylko znikomy procent zgłaszających, a mimo to oddział urósł w przeciągu 2 tygodni do 320 ludzi”.

 

W trakcie sześciotygodniowego pobytu w Gałkach stan liczebny oddziału wzrósł do około 320 ludzi. Mjr Dobrzański zreorganizował go więc, tworząc dwa pododdziały: kawalerii i piechoty. Dowódcą szwadronu kawalerii został rtm. Walicki („Walbach”), a na dowódcę kompanii piechoty wyznaczono kpt. Grabińskiego („Pomian”). Dowódcą drugiej kompanii piechoty został por. Antoni Kubisiak („Leszczyna”), który dowodził ponad dwustu żołnierzami. Utworzono także pluton ciężkich karabinów, liczący kilkunastu ludzi, dowodzony przez pchor. Edmunda Kuropkę („Barbarycz”). Funkcję szefa sztabu sprawował por. Feliks Karpiński („Korab”), a obowiązki oficera ordynansowego pełnił plut. Rodziewicz („Roman”). Kancelaria prowadzona była przez plut. Wiktora Maruszewskiego, a grupę do zadań specjalnych stanowili: plut. Stanisław Kmita („Twardy”) oraz Marianna Cel („Tereska”).

 

 Podczas postoju w Gałkach oddział ubezpieczały posterunki wysunięte nawet do trzech kilometrów od wsi, wyposażone w broń maszynową. Dokładne rozpoznanie terenu i informacje o ruchach wojsk niemieckich podnosiły poczucie bezpieczeństwa wśród żołnierzy. Codzienne życie obozowe toczyło się zgodnie z ustalonym porządkiem. Za porządek w obozie odpowiedzialny był oficer służbowy wraz z podoficerami. Pożywienie przygotowywane było w każdej kwaterze, ze względu na brak kuchni polowej. Chleb wypiekany był przez piekarza oddziału i wydawany był bez ograniczeń. Zaopatrzenie dostarczały punkty zaopatrzeniowe zorganizowane w pobliskich miejscowościach, m. in.: Radzicach i Opocznie. Innym źródłem zaopatrzenia były rekwizycje mąki kontyngentowej, bydła i trzody chlewnej przeprowadzane w młynach oraz majątkach znajdujących się pod administracją niemiecką.

 

Po nawiązaniu kontaktu z Polskim Czerwonym Krzyżem w Warszawie, za pośrednictwem Ludmiły Wróblewskiej z Dęby, do oddziału przyjeżdżały dwie kurierki Genowefa Ruban („Gienia”) i Ludmiła Żero („Ludka”). Obie łączniczki utrzymywały stały kontakt z oddziałem, dostarczając głównie amunicję, lekarstwa, ciepłą odzież i mundury. W chwilach wolnych od zajęć oficerowie zbierali się w kwaterze mjr. Hubala, gdzie wieczorami grywano w „salonowca”, słuchano komunikatów radiowych i śpiewano.

 

Wydarzenia sprzed 80 laty opisane zostały na kartach dziennika bojowego oddziału. Pierwsze jego strony opatrzone zostały datą 13 marca 1940 r. i przenoszą nas do Gałek. Wtedy to do stacjonującego tam oddziału przybył ppłk. Leopold Okulicki („Miller”). Majorowi Dobrzańskiemu przedstawił się jako wysłannik Komendy Głównej ZWZ i oświadczył, iż przybywa z rozkazem Naczelnego Wodza gen. Sikorskiego nakazującym demobilizację oddziału. W zaistniałej sytuacji Hubal zarządził odprawę, w której uczestniczyli oficerowie, podchorążowie oraz podoficerowie, którzy przebywali w oddziale najdłużej. Henryk Dołęga – Ossowski, oceniając po latach zaistniałą sytuację, pisał:

 

W Gałkach ogromna przykrość przyszła z innej strony. Mianowicie 13 marca – pamiętam, był to jeden z pierwszych dni wiosny, dużo słońca i topniejącego śniegu – zjawił się u nas płk Okulicki o pseudonimie „Miller” z Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej, z rozkazem rozwiązania oddziału. Ten rozkaz zaszokował kompletnie naszego dowódcę, a nieomal doprowadził do buntu wszystkich jego żołnierzy. Wierzymy ciągle w tę ofensywę na wiosnę, wiosna już jest, mamy 320 ludzi uzbrojonych, umundurowanych, sprawnych, wyszkolonych, i w tym momencie – rozkaz rozwiązania. Dlaczego?! Komenda Główna ZWZ wiedziała, być może, że żadnej ofensywy nie będzie, chyba tylko niemiecka, i rozumiała, że taki oddział, jak nasz, jest rzeczywiście przedwczesny. Nam się to jakoś nie chciało pomieścić w głowie, ciągle się powoływaliśmy na to, że przecież gen. Tokarzewski zaakceptował istnienie oddziału. A nie wiedzieliśmy właściwie nic o zmianach w organizacji i kierownictwie sił zbrojnych w kraju. Doszło do bardzo burzliwej dyskusji.

 

Z ocalałych stron dziennika odczytujemy: „W dniu dzisiejszym raporty poranne wykazały stan oddziału 250 ludzi”. Dalej czytamy: „Należy zaznaczyć, że zarówno swej tożsamości, jak i rozkazów, Pan ten nie umiał utwierdzić niczym innym jak tylko słowami (…) Pan ten twierdził, jakoby przywiózł rozkazy gen. Sikorskiego, aby oddział zdemobilizował się. Rozkaz ten motywował:

 

1) że nas tu wyduszą

2) że narażamy ludność cywilną

na zemstę niemców. [tak w oryginale]

3) że nie czas jeszcze na powstanie”.

 

„Zarządzono odprawę oficerów, na której »pułkownik« wyłuszczył” raz jeszcze rozkaz rozwiązania oddziału a ludzi przekazać do dalszej działalności konspiracyjnej w strukturach ZWZ. Odpowiedz majora na argumenty „Millera” zanotował Ossowski w słowach: „(…) co do słuszności rozkazu demobilizacji oddziału, Pan Major stwierdził, że:

1) kwestia »wyduszenia« nas przez niemców jest osobistą sprawą każdego z nas, którzy jako ochotnicy zgłosiliśmy się do oddziału. Poza tym fakt istnienia oddziału od początku wojny, kwestię »wyduszenia« czyni nie tak znowu tragiczną.

2) mimo, że od listopada oddział kwateruje [po wsiach], mało, mimo potyczek […] gdzie ginęli umundurowani […], żadna wieś ani [poszczególni mieszkańcy] nie ucierpieli. (…) Pan Major oświadczył, że jedynie zaatakowany przez niemców rozpocznie działanie, a i to będzie działanie oddziału na »własny rachunek«, a nie w charakterze ogólnego powstania. Na koniec p. mjr Hubal oświadczył, że osobiście rozkazu nie wykona i nie rozbroi się, lecz zarówno oficerom, jak i podoficerom i szeregowym, zostawia wolną rękę”.

 

Z treści dzienników wynika m.in. to, iż zapis stopnia pułkownik w cudzysłowie zdradza, że nie miano do końca pewności, kim właściwie jest osoba, która podaje się za „komendanta tajnej organizacji wojskowej na okręg łódzki”. Nie ulega jednak wątpliwości fakt, że Hubal potraktował rozkaz poważnie i dał wolną rękę wszystkim żołnierzom. Potwierdza to dokument podpisany ręką Hubala, którego kopia znajduje się w zbiorach Archiwum Akt Nowych w Warszawie. W rozkazie z dnia 14 marca 1940 r. czytamy:

 

W myśl zarządzeń wydanych mi wczoraj – jakoby będących inten – naszego Rządy Rzplitej we Francji, mam mój Oddział rozwiązać. Ponieważ sam rozkazu tego nie wykonam, pozostawiam w/wym. Rozkaz oficerom i szeregowym do przedyskutowania i postąpienia tak, jak uważają za stosowne.

Wszystkich zgłaszających zamiar odejścia z Oddziału postanawiam zwolnić, natomiast żołnierzy, którzy w dalszym ciągu chcą moją żołnierską dolę dzielić zatrzymuję przy sobie stwarzając kadrę Oddziału, który w swoim czasie będzie mógł jawnie występować w obronie naszej Ojczyzny. Odchodzącym z Oddziału składam żołnierskie życzenia dalszej owocnej pracy i w Imieniu Służby dziękuję za dotychczasową współpracę. D-ca oddziałuWydz. /-/ Hubal Mjr.

 

Wobec zaistniałej sytuacji, każdy z oficerów kolejno według starszeństwa, wypowiedział się co do swojej decyzji. W konsekwencji w Gałkach stan liczebny oddziału stopniał do kilkudziesięciu osób. Z oddziału odeszli wszyscy starsi oficerowie:

1) Kpt. Pomian

2) Rtm. Walbach

3) Por. Korab

4) Ppor. Leszczyna

5) Ppor. Tchórzewski

6) Ppor. Kaźmierczyk

i 3-ch podchorążych.

 

Część zgromadzonych nie zdecydowała się jednak na przejście do konspiracji, meldując „Hubalowi” decyzję pozostania w oddziale. Byli to: ppor. Szymański („Sęp”), ppor. Morawski („Bem”), pchor. Świda („Lech”), Ossowski („Dołęga”), Kuropka („Barbarycz”), plut. Alicki, plut. Rodziewicz („Roman”), plut. Kisielewski („Kisiel”) oraz ks. Mucha. Po odczytaniu rozkazu demobilizacji w pododdziałach nastąpiło duże zamieszanie. Ostatecznie w oddziale pozostało około siedemdziesięciu ludzi, w tym dwudziestu ułanów i pięćdziesięciu żołnierzy piechoty. Całą broń pozostawioną przez zdemobilizowanych żołnierzy złożono na kilka sań. Wszystko to odbywało się bez udziału majora, który, nie chcąc wywierać presji na żołnierzy, pozostawał w swojej kwaterze.

 

Hubal przeżywał wtedy ciężkie chwile. Przysięgał, że munduru nie zdejmie, dopóki Polska nie odzyska wolności, ale tu władza Polska rozkazuje! On karał przecież tych, którzy nie wykonywali jego rozkazu, rozkazu ostatniego oddziału, reprezentującego Armię Polską. Po długim namyśle i walce wewnętrznej, Hubal postanowił zostawić swoim żołnierzom wolną rękę; kto chciał, mógł odejść. On zdecydował, że nie zrezygnuje z walki (…) Przysięgał służyć Ojczyźnie wiernie aż do śmierci. Munduru nie zdejmie.

Po wyjeździe z Gałek ppłk „Miller” udał się do Opoczna, gdzie zatrzymał się u Franciszka Wilka, z którym uzgodnił sprawy dotyczące demobilizacji. „Miller” przewidywał, iż do punktu kontaktowego Wilka wkrótce napływać będą ludzie, którzy odeszli z oddziału. Zlecił mu, aby wszyscy zgłaszający się wyposażeni zostali w nowe dowody osobiste, ubrania cywilne oraz pieniądze na powrót do domów. Duża część żołnierzy, którzy odeszli z oddziału Hubala, wzmocniła następnie kadrowo i organizacyjnie okręg łódzki ZWZ, z czym wcześniej „Miller” miał duże problemy na skutek braku odpowiednich ludzi. Wielu oficerów z oddziału Dobrzańskiego sprawowało odpowiedzialne funkcje w organizacji ZWZ: kpt. Grabiński został inspektorem łódzkiego inspektoratu; rtm. Walicki pełnił funkcję komendanta obwodu ZWZ w Tomaszowie Mazowieckim; por. Karpiński był komendantem obwodu ZWZ w Radomsku, a później również inspektorem piotrkowskiego inspektoratu ZWZ; ppor. Mikołaj Ostaszewski („Mikołaj”) pracował w oddziale wywiadowczym okręgu łódzkiego ZWZ; ppor. Wüstenberg objął funkcję szefa rejonu wywiadowczego ZWZ w Piotrkowie Trybunalskim. 

W trakcie wizyty „Millera” w Gałkach doszło również do nieszczęśliwego wypadku – wzajemnego ostrzelania się patroli – w wyniku którego zginął jeden żołnierz, a drugi został ranny. Świadczy o tym dokument ze zbiorów Archiwum Akt Nowych w Warszawie datowany na 13 marca 1940 roku.

 

Dalej w dzienniku czytamy: „Tegoż dnia w nocy oddział zm[niejszony], ale składający się z ludzi gotowych na wszystko, opuścił Gałki, a po całonocnym bardzo ciężkim marszu z powodu topniejących śniegów, przybyliśmy do m. Huciska. Rozpoczęła się nowa karta w dziejach ostatniego oddziału W.P. na terenie Rzeczypospolitej”.