81. rocznica śmierci majora Hubala

Mija 81 lat od bohaterskiej śmierci majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Przeszedł do historii jako bohaterski major, który nie zdjął munduru i nie złożył broni pozostając wierny złożonej przysiędze. Stanął na czele Oddziału Wydzielonego Wojska Polska. Jego oddział miał stanowić realną siłę na wiosnę 1940 roku, kiedy spodziewano się alianckiej ofensywy. Werbował i szkolił ochotników wierząc, że to, co robi ma sens i przyniesie wkrótce wolność dla Polski. Kiedy wiosną 1940 roku stopniały śniegi, Niemcy przystąpili do likwidacji oddziału. „Hubal” wraz z żołnierzami, co raz zmieniali miejsce postoju. Pod koniec kwietnia 1940 roku dotarli do lasów spalskich.

Nocą z 21 na 22 kwietnia 1940 r., po kilku dniach pobytu w folwar­ku Królówka koło wsi Stanisławów, oddział opuścił miejsce postoju i prze­mieścił się pod Wólkę Kuligowską. „Hubal” postanowił rozbić obozowisko w lesie, by nie narażać ludności cywilnej, która w ostatnim czasie doświadczyła okrucieństwa ze strony Niemców. Chyba nie będą już wybijać ludzi i wsi palić, kiedy siedzimy w lesie - mówił żołnierzom, tłumacząc swoją decyzję. Warunki bytowe, w jakich znalazło się 22 jeźdźców oddziału, były bardzo trudne. W obawie przed represjami wobec ludności cywilnej oraz by nie ujawnić miejsca postoju w teren nie wysyłano patroli zaopatrzenio­wych. Żołnierze byli wyczerpani, doskwierało im zimno i głód. Mimo tego mjr „Hubal” nie podjął decyzji o zakwaterowaniu oddziału w pobliskiej wsi. Głównym powodem kilkudniowego postoju w jednym miejscu było to, że „Hubal” wciąż miał nadzieje, że do oddziału dołączy piechota, z którą roz­stał się po bitwie pod Rogowym Słupem. Trudnych warunków „wojaczki” oraz zagrożenia i ogromnego napięcia nerwowego nie wytrzymał m.in. kpr. Władysław Jura z pobliskiej Studziannej, który pod osłoną nocy zbiegł z od­działu. W tym samym czasie do oddziału dołączył ostatni ochotnik przyjęty przez majora. Był nim mieszkaniec Wólki Kuligowskiej Józef Kośka.

Po kilku dniach pobytu w Wólce Kuligowskiej, za sprawą zaufanych in­formatorów, do oddziału zaczęły docierać informacje o koncentracji dużych sił wojsk niemieckich w tym regionie. Lasy spalskie i brudzewickie zostały ściśle okrążone przez oddziały 372. Dywizji Piechoty Wehrmachtu, która prowadziła zakrojoną na szeroką skalę akcję przeciwko oddziałowi „Hu­bala”.

28 kwietnia do obozu pod Wólką Kuligowską dotarł leśniczy Wrób­lewski, który ostrzegł majora o wzmożonych ruchach Niemców. Przywiózł „Hubalowi” ubranie cywilne i prosił, aby się w nie przebrał, przynamniej na czas wzmożonych działań ze strony wojsk niemieckich. „Hubal” nie zgodził się jednak na takie rozwiązanie i pozostał w mundurze. Tego samego dnia wieczorem w oddziale pojawił się również Józef Wyrwa „Furgalski”. Przy­wiózł dla majora list oraz medalik ofiarowany mu przez matkę Dobrzań­skiego. Poinformował go również o mszy zamówionej przez jego matkę na najbliższą niedzielę w intencji „Hubala” i jego oddziału. Z racji tego, że roz­mowy prowadzone przez Wyrwę w Kielcach nie dały żadnych rezultatów, mjr Dobrzański polecił mu, aby pojechał do Warszawy i w Komendzie Głównej ZWZ szukał możliwości porozumienia w sprawie działalności oddziału.

Józef Wyrwa opisał po wojnie swoją ostatnią rozmowę z mjr. „Hubalem”, z której wnioskować można, że ten ostatni gotowy był na daleko idące ustępstwa i dążył do porozumienia z ZWZ. Relacjonując rozmowę, Wyrwa pisał: Po chwilowej ciszy rozpoczęliśmy rozmowę, chyba najdłuższą, jaką kiedykolwiek z majorem prowadziłem. Nigdy też »Hubal« nie był tak za­troskany. Sytuacja jego była bardzo trudna. Ścigany przez Niemców, skaza­ny na śmierć przez Polaków [...]. Omówiliśmy dokładnie moją podróż do Warszawy. »Hubal« podkreślił z naciskiem, że nie poczyni żadnych kroków przed moim przyjazdem [...]. Nadmieniłem, że Komenda Główna zażąda niewątpliwie, tak samo jak Komenda kielecka, bezwarunkowego rozwiąza­nia oddziału [...]. Zaproponowałem niechaj pozostaną w mundurach tylko wrześniowcy, tworząc sztab, który pracowałby w ukryciu, konspiracyjnie, zaś pozostali żołnierze zostaliby zwolnieni, to znaczy przeszliby do organi­zacji podziemnej. »Hubal« zamyślił się [...] »Jeżeli nie będziemy mieli inne­go wyjścia, wówczas zgodzimy się na ten warunek« - rzekł po chwilowym milczeniu.

Rankiem 29 kwietnia 1940 r. patrol dowodzony przez plut. Józefa Pru­skiego natknął się na pododdział żołnierzy Wehrmachtu, którzy prowadzili rozpoznanie terenu. Doszło do nieoczekiwanej wymiany ognia, w wyniku której poległ Józef Kośka - ułan przybyły ostatnio do oddziału. W wyni­ku potyczki Niemcy odkryli miejsce pobytu oddziału, jednak major nie zdecydował się na zmianę obozowiska. Zaczekał do zapadnięcia zmroku i dopiero wówczas zarządził dalszy marsz. Jeszcze tego samego dnia do oddziału dotarły dwie kurierki z Warszawy - Genowefa Ruban i Ludmiła Żero, a wraz z nimi żona i córka sołtysa Wojakowskiego z Rzeczycy. Przy­wiozły one „Hubalowi” najświeższe informacje na temat ruchów wojsk nie­mieckich oraz specjalnie dla niego upieczony placek z jabłkami. Poza tym przywiozły letnie mundury, lekarstwa i buty oficerskie dla mjr. „Hubala”. Jednak najlepszą wiadomością okazała się informacja o lądowaniu wojsk alianckich w Norwegii. Po przeczytaniu komunikatu na ten temat w biule­tynie przywiezionym przez kurierki, major powiedział: No tak, to teraz żeście się spisały, dziewczęta. Informacja ta miała dla majora duże znaczenie, gdyż nadawała sens jego działaniom i potwierdzała jego koncepcję co do podjęcia działań na szeroką skalę z chwilą ruszenia ofensywy na Zachodzie. Wieczorem, będąc w dobrym nastroju, major prowadził rozmowy z przy­byłymi osobami oraz zgromadzonymi żołnierzami. W pewnym momencie, gdy „Hubal” nachylił się nad stołem, odpadł krzyż Virtuti Militari, który za­wsze nosił przy mundurze. Zły to znak, śmierć blisko - powiedział cicho, jakby do siebie. Krzyża nie dało się naprawić na miejscu, dlatego przekazał go kurierkom z prośbą o przekazanie do naprawy. Kurierki jeszcze tego sa­mego dnia zostały odprowadzone do Rzeczycy przez gajowego, który przy­był do obozu z wiadomością, że oddział został okrążony.

Pod koniec kwietnia 1940 r. do obsadzenia lasów brudzewickich rozka­zem dowódcy 372. Dywizji Piechoty, gen. Fritza von der Lippe, wydzielone zostały dwa bataliony 650. i 651. pułku piechoty Wehrmachtu. Pododdziały 651. pp zajęły również stanowiska wzdłuż lewego brzegu Pilicy, mając zada­nie nadzorowania przepraw na rzece. Po starciu patroli rankiem 29 kwietnia Niemcy ustalili miejsce postoju oddziału. Do akcji przeciwko oddziałowi mjr. „Hubala” wyznaczone zostały dwa bataliony szturmowe.

Po odjeździe kurierek i zapadnięciu zmroku mjr Dobrzański zarządził pogotowie marszowe. Oddział wyruszył w kierunku południowym, docie­rając do młyna we Fryszerce. Józef Alicki opisywał te wydarzenia słowami: [...] nocą opuściliśmy lasy rządowe i przez Ponikłę posuwaliśmy się tuż przy samej Pilicy, w kierunku Fryszerki. [...] »Roman« ukradkiem podkradł się pod chałupę. Na szczęście gospodarz nie spał. Za parę minut przybył z »Romanem« do majora, oddalonego o kilkadziesiąt metrów od zabudo­wań. Właśnie u niego w stodole kwaterowała grupa żołnierzy niemieckich, biorących udział w obławie. Według relacji tego chłopa przeciwna strona Pilicy miała być wolna od Niemców. Radził on majorowi przedostanie się na drugą stronę Pilicy. Po krótkim namyśle major ruszył w kierunku brodu, który jednak z powodu wezbranych wiosennych wód trzeba było przepływać. Konie brną po kolana korytem drogi napełnionym wodą, która wiodła do Pilicy. Naraz major robi półwoltę w lewo i wyjeżdża na suchy teren, czyli jednak nie zdecydował się na przeprawę przez Pilicę. Podążyliśmy nato­miast w kierunku wsi Anielin, również znanej nam z okresu zimowego. Co skłoniło majora do zmiany tej decyzji, tego nikt z nas nie wiedział, a swą tajemnicę zabrał ze sobą do grobu. Nie sądzę jednak, żeby się przestraszył złowrogich fal Pilicy. Przeprawialiśmy się przez bardziej groźne rzeki i bez najmniejszego lęku on pierwszy rzucał się w nurty.

Przed świtem 30 kwietnia 1940 r. oddział, wyminąwszy wieś Anielin, dotarł do sosnowego zagajnika przylegającego do wysokopiennego lasu, gdzie major zarządził postój. Wraz z „Hubalem” byli: pchor. Henryk Os­sowski „Dołęga” (adiutant „Hubala”), wachm. Józef Alicki, wachm. Romu­ald Rodziewicz „Roman”, plut. pchor. Józef Pruski „Ułan”, plut. Franciszek Głowacz „Lis”, uł. Roman Brajer, uł. Tadeusz Madej, kpr. Antoni Lisiecki „Zemsta”, ppor. Zygmunt Morawski „Bem”, wachm. Józef Świda „Lech”, kpr. Antoni Kossowski „Ryś”, plut. Stanisław Kagankiewicz i Józef Pogorzała „Zając”. Prawdopodobnie towarzyszyli im też uł. Marian Kuczera i uł. Jerzy Szkodziński „Sokół”.

Henryk Ossowski, uczestnik tamtych wydarzeń, relacjonował: Tym­czasem przejechaliśmy przez Anielin i za wsią, w odległości mniej więcej 1,5 km, w bardzo gęstym niewielkim zagajniku, przylegającym do lasów spalskich, major polecił zatrzymać się. Wjeżdżamy w zagajnik, panuje jakiś nastrój bezpieczeństwa. Jest noc z 29 na 30 kwietnia 1940 r. Major mówi: tu nas nikt nie znajdzie, odpowiadam: panie majorze, oczywiście, że nikt nas tu nie będzie szukał. Pytam go, ile wystawić posterunków. Major odpo­wiada: ludzie przemęczeni, wystarczy jeden od wsi, bo od lasu nic nam nie grozi. Major kładzie się na swoim kożuchu i zasypia.

Ponieważ wszyscy żołnierze byli przemęczeni nocnym marszem, na wartę od strony wsi wystawiono tylko kpr. Lisieckiego „Zemstę”. Reszta od­działu wraz z majorem ułożyła się do snu na prowizorycznych posłaniach. O świcie kpr. „Zemsta”, który zasnął podczas warty, przebudził się i zoba­czył przed sobą stojącego Niemca, który przystawił mu do piersi karabin. Gwałtownym ruchem wyrwał mu broń i pobiegł, by zaalarmować resztę żołnierzy. Informacja ta wywołała zamieszanie. Żołnierze, poderwawszy się na nogi, zaczęli się wycofywać. Zobaczywszy wachm. Alickiego, major po­wiedział do niego: Skacz po erkaem, biegnij w kierunku Pilicy i powstrzy­maj przeciwnika. My podciągniemy popręgi i siadamy na koń, będziemy czekać na was. Po ostrzelaniu wracajcie szybko i pomkniemy w duży las. Po otrzymaniu rozkazu Alicki pobiegł odszukać plut. Kagankiewicza, pełniącego w oddziale funkcję erkaemisty. W tym czasie strzelanina wzmagała się, słychać było galop koni pędzących przez las.

Uczestnik tych wydarzeń, Romuald Rodziewicz, opisał ostatnią po­tyczkę oddziału słowami: [...] Strzały! A może to sen? Widzę pochylonego nad sobą majora Hubala; coś mówi. Nic nie rozumiem. Trzęsie mnie za ramiona. Przytomnieję i słyszę: Niemcy! Major robi skok w bok, coś krzyczy do Alickiego. Biegnę do konia. Siodło. Koń staje dęba. Chwytam za chlebak i z visem biegnę w kierunku strzałów. Wywalam część magazynku, rzucam granaty. Wokół zamieszanie, strzały, wybuchy granatów, nawoły­wania.

Podchorąży Ossowski, widząc mjr. Dobrzańskiego dosiadającego ruma­ka, pobiegł odszukać swojego konia. Gdy go znalazł, zebrała się wokół nie­go grupa jeźdźców, wraz z którą przedzierał się w kierunku południowym. Wszyscy w tym czasie sądzili, że major nadal walczy w zagajniku. Później jednak okazało się, że w trakcie wsiadania na konia „Hubal” został ostrzelany z broni maszynowej, a jedna z kul przeszyła jego pierś. Wraz z nim poległ jego luzak kpr. Antoni Kossowski „Ryś” oraz koń majora - „Demon”.

Po walce, w trakcie której większość żołnierzy rozproszyła się w lesie, pchor. Ossowski wraz z grupą kilku innych jeźdźców dotarł do skraju lasu obok wsi Dęba. Tam po jakimś czasie dołączyło do nich jeszcze kilku żoł­nierzy. Po skontaktowaniu się z leśniczym Wróblewskim otrzymali wiado­mość o śmierci majora. Informację tę potwierdziła Marianna Cel „Tereska”, która wieczorem wróciła do oddziału.

Z niemieckiej obławy udało się również wyjść grupce siedmiu ułanów z ppor. Morawskim na czele, którzy wyrwali się z okrążenia, przepłynęli rzekę i po zmroku dotarli do sołtysa Wojakowskiego w Rzeczycy. Czterej żołnierze, którym uciekły konie, zostali w lesie. Sytuacja ich była drama­tyczna, gdyż z każdą chwilą do lasu docierały kolejne tyraliery żołnierzy niemieckich, którzy przeczesywali teren. Ułanom udało się jednak ukryć tak skutecznie, że nie zostali wykryci przez Niemców i do wieczora pozo­stali w lesie. Po zmierzchu przepłynęli na drugi brzeg Pilicy i dotarli do sołtysa Wojakowskiego, gdzie spotkali swoich kolegów.

Niemcy zabrali ciało „Hubala”, a wraz z nim siodło z zabitego konia i udali się do Anielina. Po dotarciu do zagrody Laskowskich złożyli ciało majora na podwórku i zrobili kilka zdjęć. Niemcy nie byli pewni, czy jest to ciało „Hubala”, dlatego wezwali okolicznych mieszkańców, aby to potwierdzić. Następnie pracującemu u Laskowskich Władysławowi Tomasikowi kazali zrzucić z wozu obornik. Po załadowaniu na wóz siodła i ułożeniu na nim ciała Dobrzańskiego polecili Tomasikowi jechać w stronę Studziannej. Około 600 m od Poświętnego czekał już samochód ciężarowy, na który przeniesiono zwłoki „Hubala”.

Ciało mjr. „Hubala” oglądał oficer zwiadu 372. Dywizji Piechoty Wehr­machtu Heinrich Schreihage, który zabrał wszystkie dokumenty i przed­mioty z kieszeni munduru Dobrzańskiego. To, co zaobserwował, zrelacjo­nował w słowach: Zwłoki leżały na podbitej futrem opończy, na takiej, jaką zazwyczaj nosili polscy oficerowie kawalerii. Spod rozpiętej kurtki mundu­rowej widać było po lewej stronie piersi dużą krwawą plamę, która pocho­dziła od postrzału w serce. Po przewiezieniu zwłok mjr. Dobrzańskiego do koszar wojskowych w Tomaszowie Mazowieckim złożono je w działowni. Tam po raz ostatni widział je Schreihage, który tak opisywał swoje spostrzeżenia: Trumna ta znajdowała się w koszarach, w opróżnionym garażu »działowni«. Była wy­konana z surowych, nieheblowanych desek. Major był w pełnym umundu­rowaniu, chociaż bez pasa głównego, bluza munduru zapięta, na niej było widać ślad śmiertelnego postrzału w serce.

Wszyscy żołnierze, którym udało się wyjść z okrążenia (łącznie sie­demnastu), zebrali się w umówionym miejscu w Rzeczycy u sołtysa Wojakowskiego. Byli bardzo przygnębieni z powodu śmierci mjr. Dobrzańskie­go. W trakcie narady postanowiono kontynuować walkę z wrogiem. W celu odnalezienia reszty oddziału kilku żołnierzy udało się do Warszawy. Kapral Lisiecki zdołał odnaleźć ppor. Szymańskiego, z którym przybył do rodzin­nego domu Ludmiły Żero w Ząbkach, gdzie zorganizowano punkt zborny dla żołnierzy z oddziału. Tam też opracowano komunikat w sprawie śmierci mjr. „Hubala” i dalszej działalności oddziału.

Oddział Wydzielony Wojska Polskiego

Majora Hubala

M.p. dnia 4.5.1940 r.

Komunikat

Dnia 29.4.1940 r. Oddział Wydzielony Wojska Polskiego mjr. Huba­la został otoczony w lasach koło wsi Wólka Kuligowska pow. opoczyński przez przeważające siły niemieckie. Oddział pod osłoną nocy wycofał się bez strzału do lasów Nadl[leśnictwa] Brudzewice k. wsi Anielin.

Dnia 30.4. o godz. 5.30 rano, wskutek zdrady, Niemcy zaskoczyli od­dział, podchodząc krzakami dosłownie na kilka metrów, ominąwszy nasze placówki. Po pierwszym strzale z naszej strony, ukryci Niemcy oddali serię strzałów, zabijając naszego dowódcę mjr. Hubala-Dobrzańskiego, kpr. Rysia i uł. Kośkę.

Mjr Hubal nie żyje. Człowiek, który swój mundur polskiego żołnie­rza nałożony w 1914 r., ukochał ponad wszystko, nie zdjąwszy go ani razu, w nim został pochowany. Dowódca, którego działalność nie miała prece­densu w historii Polski. Bo każda partyzantka, każdy oddział miał jakieś tyły, mógł się gdzieś schronić czy wypocząć, dozbroić czy umundurować. My zawsze i wszędzie byliśmy otoczeni.

Zginął człowiek, który swej przysięgi żołnierskiej nie złamał, honoru polskiego żołnierza nie splamił.

Zostaliśmy my, tracąc w Nim przyjaciela, ojca, a przede wszystkim w całym słowa tego znaczeniu dowódcę. Zostaliśmy my, by Jego ideę kon­tynuować, by, jak nas uczył, przetrwać do końca, bez względu na to, czy końcem będzie wolność Polski czy też śmierć ostatniego z nas.

Dowódca nasz nie żyje. Ale żyje wśród nas Jego idea i honor polskiego żołnierza.

Oddział istnieje i istnieć będzie. Wszystkie pogłoski o rozproszeniu czy też rozwiązaniu się oddziału są nieprawdziwe. Każdy z nas do ostatka trwać będzie i spuściznę naszego Kochanego Dowódcy wypełni i zachowa jako najświętszy skarb.

Wiemy, że sami nie przywrócimy wolności, ale dla historii potrzebny jest dowód, że znalazł się w Polsce człowiek, który oparł się ogólnej psycho­zie strachu. Niech nasi następcy wiedzą, że nie wszyscy w tych tragicznych dla naszej Ojczyzny chwilach opuścili ręce, że był jeden, który honor żoł­nierza i Polaka cenił ponad życie.

Ta świadomość dla przyszłych pokoleń, warta jest i tych spalonych przez Niemców wsi, po bojach w pow. koneckim, i tych niewinnych ofiar ludności cywilnej w bestialski sposób pomordowanej.

Mjr Hubal-Dobrzański nie żyje. Niech cały naród zda sobie sprawę, że stracił w Nim jednego z najbardziej wartościowych ludzi. Ludzi, którzy czy­nami, a nie słowami, dowodzili swej wartości.

My, Jego podkomendni i uczniowie, trwać będziemy i dopóki choć je­den z nas żyje, dopóty oddział istnieć i działać będzie.

Adiutant Oddziału Wydz. W.P.                                                D-ca Oddziału Wydz. W.P.

Mjr. Hubala (-) Dołęga ogn. pchor.                                          Mjr. Hubala (-) Sęp porucznik

 

Tekst i zdjęcia pochodzą z publikacji:


Anielin - tu poległ Hubal
Dyszyński Andrzej. (red.)Ksyta Łukasz. (red.)Łuczkowski Tomasz. (red.)
Muzeum Regionalne w Opocznie
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-934464-6-9