Hubalczycy w Rzeczycy

Wspomnienia Janusza Szweycera (1918 – 2006), bratanka Michała Szweycera (1882 – 1967) – ostatniego właściciela dworu w Rzeczycy.  

Podczas wojny w styczniu i w lutym 1940 r. miałem trzykrotne spotkanie z Hubalczykami - we dworze w Rzeczycy.

Pierwsze spotkanie miało miejsce w połowie stycznia 1940 r.Któregoś dnia wieczorem, ktoś głośno dobija się do drzwi frontowych. Na pytanie Stryja: „kto tam?”, ktoś zza drzwi odpowiada: "wojsko polskie". Stryj otwiera drzwi, trzech wojskowych w mundurach wojska polskiego, uzbrojonych z granatami za pasami - wchodzi do dworu. Najstarszy rangą porucznik – przedstawia się, szybko okazuje się, że ze Stryjem mają wspólnych znajomych, więc naprężona atmosfera szybko zmienia się w atmosferę radości i gościnności. Prócz porucznika są jeszcze dwaj podoficerowie: Józef i Roman.  Stryj zaprasza do stołowego pokoju na kolację. Radości i rozmów nie ma końca. Okazuje się, że są to żołnierze z oddziału majora Dobrzańskiego – „Hubala” – którego Stryj też zna ze słyszenia. Po kolacji odpoczynek, potem gorąca kąpiel, znów rozmowy i odjazd sankami, z zapasami jedzenia, wódki i ofiarowanym przez moją stryjeczną siostrę – Dodę – kożuszkiem.
Drugie spotkanie z Hubalczykami miało miejsce tej samej zimy. 

Przyjechał major Dobrzański – „Hubal” z kilkoma oficerami i ułanami 2-ma parami sań – wieczorem. Wszyscy w pełnym uzbrojeniu, weszli do dworu, jednego ułana zostawiając na ganku przed dworem na warcie. Po obfitej kolacji i dużej ilości alkoholi (a nikt „za kołnierz wódki nie wylewał”) major Hubal, jeden z oficerów, Stryj i ja usiedliśmy do bridge'a, inni kąpali się po kolei oraz prowadzili rozmowy z paniami. W bridge'a graliśmy w pokoju wychodzącym na werandę, z której to werandy schodziło się do parku. Okna były zamknięte od wewnątrz na drewniane okiennice. 

W pewnym momencie, ktoś zaczął silnie dobijać się do drzwi wychodzących na werandę, jednocześnie krzycząc po niemiecku, by drzwi otworzyć. Jeden z oficerów natychmiast wstał od bridge'a i "zdjął” ułana z warty, który stał na warcie na ganku – z przeciwnej strony domu. Ja będąc pod wpływem alkoholu, lekko umyślnie krzyknąłem: "Nach front". Niemiec zaklął: "Doner Veter" i... zapanowała cisza. Przeczekaliśmy tak w napięciu pół godziny, może więcej – lecz w dalszym ciągu nic się nie działo. Cisza i spokój. Poczem wyszedłem na dwór, był silny mróz, niebo pełne gwiazd – cisza. Obszedłem dwór dookoła... nikogo nie zobaczyłem. Idąc dookoła dworu, sprawdziłem, że okiennice na drzwiach i oknach od werandy, były bardzo szczelne i nic nie można było z drugiej strony zobaczyć, co się wewnątrz dzieje. 

Tak się skończyła, bardzo szczęśliwie, ta przygoda w przedziwny sposób – druga wizyta Hubalczyków w Rzeczycy.
Po raz trzeci, czterech Hubalczyków przyjechało po żywność, dwoma saniami, w dzień, koło południa. Po załadowaniu żywności, Stryj polecił mi pojechać z nimi do podwórza, zajechać pod oborę, polecić zabić 2 cielaki, wsadzić po jednym cielaku do sanek. Hubalczycy byli w mundurach w butach kawaleryjskich, w rogatywkach i mieli na sobie krótkie kożuszki, a pod kożuszkami granaty i pistolety. 

Po zabiciu cielaków wymościliśmy sanki słomą i położyliśmy cielaki na podłodze w sankach. Ułani wsiedli na sanki i ruszyli w drogę powrotną. Zauważyłem, że z sanek cieknie krew zabitych cielaków i pozostają ślady na śniegu, ale nikt się tym nie przejmował. Ułani wyjeżdżali z podwórza w kierunku bramy prowadzącej do dworu. W tym samym momencie zaczęła wjeżdżać konna niemiecka żandarmeria do podwórza. Było tych żandarmów może 3-ch, może 5-ciu, liczby ich dokładnie nie pamiętam.
Teraz rozegrała się scena nieprawdopodobna. Zobaczywszy się nawzajem, jedni i drudzy spokojnie zawrócili i rozjechali się w milczeniu w przeciwne strony, tak jakby się nie zauważyli, nie widzieli lub raczej nie chcieli zobaczyć – cicho i spokojnie.

Baliśmy się potem by nie było, jakich dochodzeń prowadzonych przez Niemców, lub jeszcze dużo gorszych reperkusji i represji. Szczęśliwie – nie było! Niemcy, nie zatrzymując się, wyjechali drogą prowadzącą od dworu, nigdy nie dowiedzieliśmy się, w jakim celu przyjechali. Hubalczycy wyjechali drugą bramą z podwórza, prowadzącą na drogę do pól i lasów spalskich. Tak się skończyła trzecia wizyta Hubalczyków w Rzeczycy.

Któregoś dnia w końcu stycznia, lub na początku lutego 1940 r., moja siostra stryjeczna Doda, namówiła mnie byśmy pojechali do majątku pp. Myszkorowskich do Żdżar, zabrać konia dla Hubalczyków, gdyż Doda dowiedziała się, że jest to koń „zdobyczny” ułański z września 1939 r. Plan był taki, że po kolacji pojedziemy sankami do Żdżar (około 18 km), zabieramy konia do Rzeczycy i od razu odstawiamy go do rzeczyckiego sołtysa p. Wojakowskiego, który miał stały kontakt z Hubalczykami. Wieczorem po kolacji wyjechaliśmy do Żdżar. Noc była mroźna i ciemna, padał mały śnieg. Na szczęście nie było wiatru.  

Jechaliśmy szosą około 15 km w kierunku Nowego Miasta, potem skręciliśmy na boczną drogę w lewo i mieliśmy do przejechania jeszcze około 3 km do Żdżar. I tu zaczęły się kłopoty. Droga prowadząca do Żdżar nie była obsadzona drzewami i szła przez pola zupełną równiną i całkowicie zasypana śniegiem. W okolicy nie było żadnych zabudowań żadnego światełka, a noc była bardzo ciemna. Jak jechać w takich warunkach, żeby nie zabłądzić? Jednak nie zabłądziliśmy. Po pierwsze, trzeba było cały czas jechać stępa. Następnie znalazł się sposób, by nie zjechać z drogi w pole. Gdy prawy koń wpadał w rów, skręcaliśmy lekko w lewo i odwrotnie – gdy lewy koń wpadał w rów, skręcaliśmy w prawo. Na szczęście droga miała wykopane niegłębokie rowy po obydwu stronach i cały czas prowadziła prostą linią bez zakrętów. Tak się męczyliśmy około 3 km, dotąd dopóki nie zobaczyliśmy świateł majątku Żdżary, które to światła już były pewnym drogowskazem, dla idącej prosto linią drogi. 
W Żdżarach pp. Myszkorowscy przyjęli nas bardzo serdecznie, nie było żadnych kwestii z wydaniem konia i po posiłku i rozgrzaniu się, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Przed wsią Rzeczyca, zatrzymaliśmy się na szosie. W lewo szła droga polna – prosto do domu Wojakowskiego około 1km.

Drogi tej nocy w ogóle nie było widać z dwóch powodów: była zasypana śniegiem i noc była bardzo ciemna. Nigdy przedtem nie byłem u Wojakowskiego i drogi tej nie znałem. Doda została na szosie w sankach, powiedziała mi, że będzie na mnie czekała. Ja wziąłem konia za uzdę i pomaszerowałem w oznaczonym kierunku.

Po pewnym czasie czuję, że coś jest źle. Co chwila ja i koń – zapadamy się głęboko w śnieg. Boję się, że zapadający się koń w śniegu może mi łatwo wyrwać się z ręki, więc uzdę owijam na ręku i b. silnie trzymam dłonią. Wydaje mi się, że już dawno minąłem 1 km, a tu żadnego światełka, ani domu nie widać. Śnieg „po pas”, noc ciemna, koń się wyrywa, ja cały spocony. Co tu robić? Nie ma rady, idę dalej. Po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, że źle idę, pole, pusto, ciemno i za długo już idę – jak na 1 km drogi, a tu, co chwila, albo koń, albo ja, albo oboje – wpadamy w głęboki śnieg. Tak maszerowałem ze 3-y kwadranse i w pewnym momencie wyszedłem…… na szosę. Że to jest szosa Nowe Miasto – Rzeczyca, nie miałem wątpliwości, gdyż szedłem w kierunku wschodnim, przede mną była rzeka Pilica i innej szosy nie było, gdyż być nie mogło. Dylemat polegał na tym, czy szosę iść w lewo czy w prawo?
Czy idąc od szosy – zatoczyłem łuk w lewą, czy w prawą stronę? Szczęśliwie we wsi Rzeczyca, szczekały psy, co zadecydowało, że poszedłem w prawidłowym kierunku. Po pewnym czasie zobaczyłem sanki i Dodę. 

Poszedłem jeszcze raz, starając się utrzymać „na wyczucie” linię prostą mojej drogi. Tym razem udało się. Po pewnym czasie zobaczyłem światełko w oknie, na które szedłem już mając pewność, że idę dobrze. 

Pan Wojakowski odebrał konia, wróciłem do sanek i zmęczony, spocony, ale zadowolony pojechałem z Dodą do domu, w którym się o nas bardzo już niepokoili.       

Melchior Wańkowicz w książce Wrzesień Żagwiący wspomina o Rzeczycy i „Dodzie” pisząc: Oddział ma w krąg swoje placówki. Sołtys wsi Rzeczyca, Wojakowski (zabity przez Niemców w 1943), skruszony sołtys Anielina, są pełnymi oddania agentami. W Opocznie wielce energicznym agentem jest miejscowy restaurator, w innym miasteczku kierownik spółdzielni, który sam posłał syna do oddziału. Ziemianka, panna Doda Szwejcer, odwiedzająca oddział konno, ofiarowała parę wierzchowców… 

Wspomnienia ze zbiorów rodzinnych Marty Czerwieniec.