Gałki 70 lat po tragedii

W tym roku mija 70. rocznica śmierci majora Hubala oraz mieszkańców wsi, którzy wspomagali jego oddział. Chcąc uczcić ich pamięć 22 sierpnia 2010 r. w Gałkach (gmina Gielniów) w pobliskim lesie, po raz pierwszy odprawiona została msza w hołdzie mieszkańcom wsi Gałek, Gielniowa i Mechlina, którzy zostali rozstrzelani przez hitlerowców za pomoc udzieloną żołnierzom Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mjr. Hubala. 

Do Gałek oddział majora Hubala przybył 2 lutego 1940 roku. Jego przybycie ówczesna mieszkanka Gałek Bronisława Wójcik zrelacjonowała w słowach: „W środku nocy 2 lutego 1940 roku usłyszeliśmy intensywne pukanie w okno, na naszym podwórku zauważyłam stado koni, oraz otwarte pomieszczenia gospodarcze, do których konie były wprowadzane. Zrozumieliśmy, że było to polskie wojsko, a kupcy, którzy dzień wcześniej byli w naszym domu szukali odpowiedniego miejsca do zakwaterowania przybyłych właśnie żołnierzy. Zima tego roku była bardzo sroga, na koniach i mundurach żołnierzy osadził się szron. Mężczyźni ci byli tak zmarznięci, że aby mogli się ogrzać udostępniliśmy im nasze ciepłe łóżka, a mama przygotowała posiłek. Jak sięgam pamięcią w tę noc do naszego domu przybyło około pięciu mężczyzn, ale potem na stałe nocowało tylko dwóch. Potem okazało się, że było to wojsko mjr. Hubala”. 

Mroźna i śnieżna zima, która skutecznie uniemożliwiła Niemcom podjęcie jakiejkolwiek akcji przeciwko oddziałowi zdecydowała o długim szcześciotygodniowym pobycie żołnierzy we wsi. W trakcie postoju oddziału w Gałkach major Hubal rozpoczął przyjmowanie nowych ochotników i w przeciągu dwóch tygodni oddział rozrósł się do ponad 300 osób. Wyznaczone zostały dwa pododdziały: kawalerii i piechoty. Na dowódcę szwadronu kawalerii wyznaczony został rtm. Walickiego („Walbach”), a dowódcą kompanii piechoty został kpt. Grabińskiego („Pomian”). Kwatery piechoty mieściły się w zachodniej części wsi, skąd prowadziła droga do Gielniowa, natomiast szwadronowi przydzielona wschodnia część wsi w pobliżu strumienia. 

Bezpieczeństwa strzegły silne, wyposażone w broń maszynową ubezpieczenia wystawione wokół wsi, gdzie służbę pełnili młodzi ochotnicy, a dodatkowo o zmroku wyruszały patrole, które wracały przed świtem. To poczucie względnego bezpieczeństwa pozwoliło na zorganizowanie garnizonowego życia. Bardzo ważną sprawą stało się szkolenie wojskowe, prowadzono ćwiczenia praktyczne i zajęcia teoretyczne. 

Dostawy żywności i furażu nadchodziły z różnych stron, pomagała miejscowa ludność i okoliczne wsie. Posiłki żołnierzom przygotowywały gospodynie na poszczególnych kwaterach. To również w Gałkach powstała piosenka oddziału zwana także „Marszem hubalczyków”. 

W tok ożywionej pracy przygotowawczej wdarł się rozkaz demobilizacji oddziału, przywieziony 13 marca 1940 roku przez wysłannika Komendy Głównej ZWZ ppłk. Leopolda Okulickiego „Millera”. Major Dobrzański podporządkowanie się rozkazowi pozostawił do uznania każdemu z żołnierzy. Oświadczył ppłk. „Millerowi”, że sam rozkazu tego nie wykona, broni nie porzuci i munduru nie zdejmie, dopóki okupant depcze polską ziemię. Rozkaz demobilizacji odczytano w pododdziałach, część żołnierzy wykonała go bezzwłocznie. Z kompanii i szwadronu pozostało łącznie około 70 ludzi, reszta miała do zmroku opuścić Gałki. Wieczorem oddział przeszedł do Huciska koło Ruskiego Brodu.

Niemcy posiadając informacje o pobycie w Gałkach i Hucisku żołnierzy mjr. Dobrzańskiego, skierowali w ten rejon dwa wydzielone bataliony policji pod dowództwem SS - Oberführera Fritza Katzmanna (dowódca SS i policji w dystrykcie radomskim). O świcie 30 marca jeden z nich zaatakował Gałki, gdzie wojska polskiego już nie było. Mimo to jednostki niemieckie przystąpiły do brutalnej akcji aresztowań. Grupę 40 mężczyzn z Gałek i 23 schwytanych w pobliskim Mechlinie wywieziono do więzienia w Radomiu. W dniu 4 kwietnia 1940 roku aresztowanych rozstrzelano na Firleju pod Radomiem. 

Brak sukcesów w walkach z żołnierzami mjr. Hubala spowodował, chęć zakamuflowania porażki oddziałów SS i policji. Dlatego też, głównodowodzący zdecydował o przeprowadzeniu wielkiej akcji pacyfikacyjnej. W tym celu wytypowano kilka wsi, w których kwaterował oddział mjr. Hubala. Wśród nich znalazły się ponownie Gałki. W wiosce tej, dotkniętej już represjami rozstrzelano 11 kwietnia 1940 r. 12 mężczyzn, a wszystkie zabudowania spalono (około 50 zagród). Zwłoki zamordowanych zakopano w lesie, później je ekshumowano i pochowano na cmentarzu w Gielniowie. Bronisława Wójcik – naoczny świadek, wydarzenia te opisywała w słowach: „11 kwietnia Niemcy wrócili o świcie. Tata wyglądając przez okno ujrzał karabin maszynowy. Tym razem Niemcy zabrali też jego, stryja Antoniego dziesięciu innych mężczyzn, którzy pozostali we wsi. Nie było możliwości ucieczki. Wiedzieliśmy, że zabrano ich do lasu, z oddali dochodziły do nas płacz, krzyk i strzały. Wszyscy byliśmy świadomi, co to oznacza. Całe Gałki płonęły, spalone były wszystkie zabudowania wsi, my straciliśmy dom i środki do życia. Kiedy wszystko się uspokoiło a Niemcy wyjechali ze wsi, poszliśmy z mamą w tamto miejsce do lasu gdzie zabrali tatę. Naszym oczom ukazała się świeżo rozkopana ziemia, a na niej młoda brzózka. Mama klęknęła z płaczem na kolana i zaczęła powoli rozgrzebywać ziemię, po chwili zobaczyła martwe dłonie swojego męża, a mojego taty, co odebrało nam nadzieje, że może jeszcze żyje…”. 

Mimo, iż od czasu tamtych wydarzeń minęło już 70 lat mieszkańcy Gałek wciąż nie zapomnieli o tragedii, jaka spotkała ich wieś. Msza, która odbyła się po raz pierwszy w lesie nieopodal wsi Gałki jest wynikiem samo zorganizowania mieszkańców wsi, którzy włożyli dużo pracy i serca, aby przedsięwzięcie doszło do skutku. Sami zbudowali drewniany ołtarz oraz przygotowali miejsca siedzące dla osób starszych, dla których samo dojście w tak niedostępne miejsce było nie lada wyczynem. Frekwencja zaskoczyła nawet ks. kan. Kazimierza Okrutnego, który odprawił mszę i jak sam powiedział spodziewał się, że późnym niedzielnym popołudniem na mszę przyjdzie kameralna liczba osób nieprzekraczająca pięćdziesięciu. Miłym zaskoczeniem było, kiedy te szacunki przekroczyły liczbę 150 osób. 

Symboliczny grób, krzyż i wyliczone na tabliczce nazwiska mężczyzn, którzy zginęli za pomoc oddziałowi, skłaniają do refleksji. Nie da się opisać słowami tego, co przeżyli ludzie, którzy byli naocznymi świadkami tamtych wydarzeń, którzy słysząc wołanie o pomoc swoich bliskich nie mogli im jej udzielić. Potrzeba było aż tylu lat, aby mieszkańcy Gałek i pobliskich wsi znów mogli pójść w to samo miejsce zbiorowego mordu i wspólnie pomodlić się za wszystkich, którzy zginęli na tej ziemi w kwietniu 1940 roku. 


Bronisława Wójcik z domu Wasiak ( ur. 28.05.1929 r.) mieszka obecnie w Opocznie. W 1940 roku mając niespełna 11 lat była świadkiem pacyfikacji Gałek i śmierci swojego ojca. Jak wynika z jej relacji w trakcie postoju oddziału majora Hubala we wsi w domu jej rodziców mieszkało dwóch żołnierzy. Byli nimi: podchorąży Henryk Ossowski „Dołęga” (adiutant dowódcy) oraz kapral Antoni Kossowski „Ryś”